Na samym początku wyjaśnijmy sobie jedno. Rdza w aucie to najgorsza z możliwych usterek jakie mogą dopaść nasze ukochane cztery kółka. I wiem co za chwilę miłośnicy Japończyków krzykną, jednak pozwólcie, że zanim to zrobicie wyjaśnię Wam, dlaczego tak uważam. Otóż jeżeli przytrafi Ci się problem z silnikiem, skrzynią czy hamulcami zawsze możesz kupić nowe bądź używane podzespoły, stare zaś odkręcić od budy i wyrzucić w diabły. Następnie poskładać wszystko do kupy i vouala, po problemie. Oczywiście, niektóre elementy takie jak cały słupek silnika czy skrzynia potrafią kosztować krocie, jednak w razie jakichkolwiek problemów zawsze istnieje możliwość ich wymiany bądź skutecznej naprawy. Z korozją nadwozia czy podwozia już tak łatwo niestety nie jest. I jasne, że istnieją magicy składający z trzech zgniecionych puszek po konserwach jedno, ślicznie wyglądające autko, jednakże każdy kto decydował się kiedykolwiek na usługi blacharsko lakiernicze doskonale wie, że „po zimie i tak wyjdzie”. I wychodzi. Czasem po drugiej, czasem po trzeciej ale zawsze wychodzi.


Dlatego o wiele lepiej dla naszego wozu, a przede wszystkim portfela, jest zapobiegać niż leczyć. I tu pojawia się kolejny problem. Bowiem niewiele osób przejmuje się takimi zabiegami w momencie, w którym kupuje auto nowe czy nawet kilku letnie. Dziesięć lat powinny wytrzymać nawet najbardziej ekologiczne konstrukcje, później jednak trafiają w ręce drugiego czy trzeciego właściciela i zaczyna się zabawa. Rzecz jasna najlepszym rozwiązaniem jest zrzucenie całego zawiasu w dół, wypiaskowanie zarówno elementów zawieszenia jak i samej budy, ponowne lakierowanie i złożenie wszystkiego do kupy. Jednakże każdy, kto kiedykolwiek bawił się w naprawy przy swoim aucie w tym momencie prawdopodobnie dostał zawału. A to z prostego powodu, iż przed oczami ujrzał ogrom pracy, czasu i pieniędzy jakie trzeba włożyć w taki zabieg. I o ile ma to jak najbardziej sens w klasykach czy kultowych wozach pokroju Mustangów z lat 60-tych, Beemek „M” czy Supry, których ceny ostatnio osiągają zawrotne kwoty, a cały zabieg stanowi jedynie niewielką część wartości ich samych, o tyle w naszym zwykłym daily za dziesięć czy dwadzieścia tysięcy – niejednokrotnie przewyższy wartość całego auta.

Nasz, z oryginalnym Mustangiem ma niewiele wspólnego, choć i tak jest starszy od mistrza trzeciego planu – Defendera.
Bodajże 2016 rok produkcji, czujecie to ? 😮

Dlatego też właściciele wysokich kilku czy kilkunastoletnich wozów decydują się na tańsze rozwiązania. Dobrze, jeśli chociaż ktoś ma odrobinę samozaparcia w sobie i weźmie do ręki wiertarkę ze szczotką i farbę antykorozyjną. Jednak zazwyczaj wygląda to w następujący sposób. Mija zima, na wnękach nadkoli i elementach zawieszenia pojawia się rdzawy nalot, zaś w głowie właściciela żółta lampka. Do ręki idzie szmata z wodą i puszka biteksu, ci bardziej rozrzutni mogą do tego dorzucić kawałek papieru ściernego. Dziesięć minut roboty, auto pięknie się błyszczy na czarno. Bingo? Otóż niekoniecznie. Bowiem środki pokroju baranka czy biteksu mają za zadanie jedynie chronić powłokę antykorozyjną przed uderzeniami kamieni, wymywaniem poprzez strumień wody i piasku spod kół i tak dalej. W żaden sposób nie chronią przed procesem utleniania się metalu, potocznie zwanym korozją. I dopiero teraz, na końcu czwartego akapitu możemy dojść do naszego głównego bohatera, jakim jest Krown.


Nie będę Wam cytował formułki z encyklopedii na temat działania preparatu Krown T40, bo tą możecie równie dobrze przeczytać właśnie na ich stronie. To co Was najbardziej interesuje, to efekt końcowy, a ten jest zdumiewający. Szczególnie jeżeli pod uwagę bierzemy cenę, oraz czas całej usługi. Usługi, której cały proces składa się tak naprawdę z czterech etapów. I według mnie właśnie te etapy determinują okres wiosenny jako najlepszy moment na przysłowiowe „zalanie” wozu, choć jak sami twierdzą, żadna pora nie jest zła. I nie sposób się z nimi nie zgodzić. W tym miejscu pragnę zaznaczyć jedną, dosyć istotną rzecz. Nie jest to jakaś reklama w postaci „zapłacimy Ci, abyś o nas dobrze pisał”. Sam korzystam z ich usług osobiście od kilku lat, oraz obserwuję co dzieje się z autami moich znajomych, którzy zdecydowali się również zalać swoje wozy. Dlatego też pozwolę sobie przekazać wszystkie moje obiektywne spostrzeżenia.


Po pierwsze – mycie podwozia i odsalanie.

I tu w zasadzie mógłbym postawić kropkę, bowiem raczej nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć jak ważne jest usunięcie soli drogowej z podwozia, którą tak szczodrze sypią władze naszych miast i gmin na co raz bardziej dziurawe drogi. Swoją drogą, sól nie tylko powoduje korozję metali ale również betonu i asfaltu. Wiecie już teraz, komu możecie podziękować za dziury w progach i stukające tuleje po zimie.


Po drugie – suszenie.

W moim przypadku pogoda i temperatura była na tyle łaskawa, że zanim się obejrzeliśmy podwozie zarówno Toyki jak i Forda zdążyło już wyschnąć. Jednak gdy traficie na gorszą aurę, chłopaki z Krown dodatkowo osuszą podwozie przed nakładaniem preparatu.


Po trzecie – zabezpieczenie podwozia.

W tym miejscu chciałbym się na moment zatrzymać. Bowiem jak sami zalecają, jeżeli macie w planach zabezpieczać wnęki nadkoli barankiem, o ile zrobicie to profesjonalnie (na czystą, suchą, odtłuszczoną i zapodkładowaną uprzednio blachę) zaleca się wykonać cały zabieg przed przyjazdem do Krown. Okazuje się bowiem, iż preparat Krown T40 używany do pokrycia poszyć i elementów zawieszenia nie rozpuszcza mas bitumicznych takich jak baranek antykorozyjny, za to wnika w nie i pracuje również pod nimi, zabezpieczając blachę przed utlenianiem. Nie zanudzając Was zbędnymi szczegółami procesów chemicznych i skracając tą powtórkę z lekcji chemii z liceum do minimum, warto jedynie wspomnieć, iż Krown T40 po pierwsze reaguje z istniejącą rdzą, a po drugie penetruje i przenika przez powłoki takie jak baranek aż do surowej blachy. Dzięki silnemu działaniu wypierania wilgoci, hamuje procesy utleniania się metalu i zabezpiecza przed dostawaniem wody. Znowu – tyle z teorii, a w praktyce? Wszystkie miejsca, które od dołu są pomarańczowe, przybierają ciemno brunatny kolor. Co prawda elementy, nadgryzione zębem czasu i soli nie wrócą do swojego pierwotnego stanu (nie liczmy na cuda), jednak Krown T40 skutecznie hamuje dalszy rozwój korozji. Dodatkowo pozostawia on tłustawy, trudno usuwalny nalot na podwoziu, który skutecznie odpycha wodę.


Po czwarte – profile zamknięte.

Czyli to, co jest zmorą wszystkich aut podatnych na korozję. Bowiem korozja powierzchniowa to pikuś w porównaniu do korozji wewnątrz wszelkiego rodzaju profili zamkniętych. Po pierwsze, bo ta druga pozostaje niewidoczna aż do wyżarcia elementu od wewnątrz, a po drugie dlatego, że o ile w pierwszym przypadku woda z wahacza skapnie, owieje go wiatr i wyschnie, o tyle w trudno dostępnych zakamarkach nie ma na to szans. Nie będę się tu rozpisywał o pietyzmie i dbałości chłopaków w docieraniu do najtrudniej dostępnych miejsc, bo ich praca świadczy sama za siebie. Niechaj najlepszym przykładem będzie fakt, iż jeżeli gdzieś nie mogą się dostać, nawiercają otwór aby wprowadzić tam dyszę, która wypełni wnęki preparatem Krown T40. Rzecz jasna wiercenie otworów ma miejsce w niewidocznych miejscach i wyłącznie za zgodą właściciela, jednak osobiście nie mam z tym żadnego problemu. Według mnie warto jest zdecydować się na taki ruch, bowiem sam otwór jest należycie zabezpieczony antykorozyjnie, oraz zaślepiony korkiem. Dzięki temu wewnątrz drzwi, progów czy przestrzeni między błotnikiem a wewnętrznym nadkolem nie zbiera się wilgoć powstająca chociażby na skutek procesu kondensacji, czyli skraplania się pary wodnej na wewnętrznych ściankach poszycia.

Tak jak mówiłem – wolę mieć otwór ładny, okrągły i zaślepiony kapslem w tym miejscu, niż pomarańczowy, nieregularny i zaszpachlowany dwadzieścia centymetrów niżej.

I pomimo sugestii, żeby odpuścili sobie płukanie aut na końcu, bo wystarczająco już przeciągnąłem czas pałętając się po hali w poszukiwaniu ciekawych ujęć, Mariusz nie dał za wygraną ;).

Na sam koniec mogę jedynie dodać, iż ponownie za zgodą właściciela auto jest myte i wycierane, choć osobiście jestem zdania, że jeżeli komuś się spieszy można pominąć ten krok. I tak przez kolejne kilka dni spod drzwi czy pokrywy bagażnika wypływać będą nadmiary Krown T40, które trzeba będzie umyć ręcznie. I jeszcze dwie, dosyć istotne kwestie. Pierwsza to taka, że nie polecam myć spodu auta jakimikolwiek pianami aktywnymi czy szamponami. Teoretycznie Krown T40 odporny jest na takie zabiegi i w celu usunięcia preparatu konieczne byłoby ręczne odtłuszczenie powierzchni, jednak celowe wypłukiwanie go z wnęk nie ma zbyt wiele sensu. Druga zaś ucieszy Was bądź Waszych mechaników. Środek Krown T40 bardzo dobrze penetruje również wszelkiego rodzaju połączenia gwintowane i w tym miejscu sam mogę poręczyć, iż nigdy nie miałem problemu z „zapieczonymi śrubami” w autach, pokrytych właśnie tą powłoką. Wiem doskonale ile „radości” przynieść może zapieczona śruba w wahaczu, zaś odkąd pracuję przy autach potraktowanych Krown ’em, nigdy nie miałem tego typu przygód. A wierzcie bądź nie, przedtem trzymałem zapas starych płynów hamulcowych, Coca Coli i środków antykorozyjnych w garażu.

Fotka zrobiona bezpośrednio po pokryciu podwozia Forda. Spójrzcie tylko, jak szybko końcówki tylnego mostu czy sam drążek Panhard’a traci rdzawy kolor na rzecz brunatno czarnego. To właśnie T40 reagujący z tlenkiem żelaza. Dzięki Michał ! 😀

Reasumując… chwila, chwila. Miało być obiektywnie, a jak dotąd wymieniam same zalety. Więc może czas na jakieś wady tego całego Krown ’a? Otóż… jest ich relatywnie niewiele. Najważniejsza według mnie jest taka, że taki zabieg nie zabezpieczy Waszego auta na kolejne piętnaście czy dziesięć lat. Konkretnie powinno wystarczyć ono na rok, bowiem właśnie po roku Damian zaleca powrót i powtórne zalanie auta. Czemu po roku? Bo przez rok zrobicie dziesięć, może dwadzieścia a czasem nawet i trzydzieści tysięcy kilometrów. W deszczu, śniegu, piachu, pyle i soli. I w najbardziej newralgicznych miejscach takich jak wnęki nadkoli czy kielichy amortyzatorów, strumień wody i piachu spod kół czy nawet lancy na myjni pomału będzie wymywał Krown T40. Nie uda Wam się tego zrobić od razu, jednak jak mawia stare przysłowie, kropla drąży skałę. Dlatego pomimo braku jakichkolwiek oznak dalszej korozji po zimie, z czystym sercem przyjechałem po roku swoją daily Tojotką na powtórkę. Jednak powstaje pytanie, czy jeżeli macie weekendowe auto, którym jeździcie od święta, zaś większość czasu spędza w garażu, warto już nawet po roku udać się na powtórkę? Moim zdaniem tym bardziej. Serio. Pamiętajcie, że nie ma środków idealnych, a chemia stosowana chociażby do mycia auta zawsze, choćby minimalnie ale jednak, rozpuszcza powłokę antykorozyjną. A w przypadku czarnego lakieru, mycie konieczne staje się w poniedziałek rano, we środę po południu, w piątek około siedemnastej…

No dobra, reasumujmy, bo rozpisałem się niemożebnie. Jeżeli ktoś z Was jest zainteresowany, lub ma jakiekolwiek pytania, to poniżej wrzucam Wam link do chłopaków z Krown’a, jak również nr telefonu Damiana. Jeśli macie jakiekolwiek pytania do mnie, piszcie śmiało w komentarzach lub na PW 😉

Dodatkowo mały bonus dla tych z Was, którzy dotrwali do końca – na hasło MZiP macie zniżkę 50zł na całą usługę. 😉

No i standardowo – pamiętajcie:
Życie jest za krótkie, żeby jeździć autem bez charakteru… ale na tyle długie, że dobrze by było, żeby Wam przez ten czas nie zgniło.

http://krown.pl/
https://www.facebook.com/KrownPolska
Damian Krown – 782 221 220

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments