American Dream

Od jakiegoś czasu nachodzi mnie masa spostrzeżeń dotyczących zmieniającego się świata. Nie chciałbym uchodzić za marudę, który ciągle narzeka jak to „kiedyś było lepiej”, bo to tylko półprawda… z tym, że w zasadzie to nie. To prawda. Ale żeby dostrzec to i zrozumieć musimy cofnąć się do lat 40-tych ubiegłego wieku. Otóż powojenna Europa była mocno zmęczona, zwłaszcza gospodarczo i ekonomicznie. Ludzie potrzebowali małych i tanich samochodów, które przewiozą ich z punktu A do punktu B. Ponadto, będą proste, tanie w obsłudze, eksploatacji i nie będą zajmowały zbyt wiele miejsca. Dzięki temu większość powstałych wtedy aut (rzecz jasna nie tylko w Europie, w Japonii chociażby była taka sama sytuacja. Z tym, że jeszcze gorsza…) była przede wszystkim tania. W miarę jak zachodnia Europa stopniowo się rozwijała, ludzi stać było na co raz to większe i bardziej luksusowe wozy. Jednakże swoje miejsce w szeregu wciąż znały małe i tanie wozidełka. Szczególnie, że pod koniec lat 60-tych postępować zaczęła silna eksurbanizacja miast połączona z dosyć dużą migracją ludzi do większych skupisk miejskich.

Paryż z lotu ptaka. Powierzchnia samej stolicy to skromne 105 km2, lecz aglomeracji Ile-de-France to już 12 012 km2.
Londyn dziś zajmuje powierzchnię niemal 1600 km2. Dla porównania nasza rodzima Warszawa to nieco powyżej 500 km2.

Dziś wciąż mamy do czynienia z sytuacją, w której małe miasteczka i wsie pustoszeją na rzecz przyrostu liczby ludności w dużych aglomeracjach miejskich. To dzieje się w Trójmieście, Poznaniu czy Warszawie. Rzecz jasna identyczny schemat miał i ma miejsce na zachodzie – Paryż, Londyn, Berlin czy Praga stały się wielkimi aglomeracjami na wzór amerykański. Jednocześnie poziom zamożności społeczeństwa wciąż się podnosi (wbrew pozorom tak, naszego również) a co za tym idzie, każdego prawie stać na kupno samochodu. Zatem samo posiadanie auta przestało wystarczać dla wyróżnienia się i podkreślenia swojego statusu. Rzecz jasna Europa zawsze miała kompleks mniejszości w stosunku do społeczeństwa amerykańskiego – w zależności od kraju mniejszy lub większy. Poskutkowało to tym, że zapragnęliśmy być tacy jak Amerykanie. Szczęśliwi, wyluzowani, żujący gumę i chodzący do galerii handlowych. Zapragnęliśmy ich ogromnych domów, a co gorsza ogromnych samochodów.

Stany Zjednoczone to duży kraj. Co prawda północno – wschodnie tereny są dosyć gęsto zaludnione i dobrze uprzemysłowione, jednakże większą część Ameryki Północnej stanowią pustkowia, pośród których budowane są większe lub mniejsze miasta. W USA bardzo mocno zakorzeniona jest kultura podróżowania. Bogate społeczeństwo amerykańskie może sobie na to pozwolić, tym bardziej biorąc pod uwagę śmieszną cenę za litr benzyny. W dodatku litr amerykański jest niemal 4 razy większy od europejskiego. Przy okazji nazywają go galonem. Podobnie jest z innymi jednostkami miary – wciąż nie opanowali oni jednostki metra ani kilometra wszystko zatem podają w stopach i jardach. Łącząc te trzy czynniki śmiało można potwierdzić legendy o amerykańskiej kulturze dalekich road tripów. Nic więc dziwnego, że na porządku dziennym wydaje się być wycieczka na dwa bądź trzy tygodnie urlopu z Florydy do San Francisco, bądź z Texasu do Minnesoty. Do tego wszystkiego należy dodać fakt, że Amerykanie uwielbiają się przeprowadzać. Zmiana pracy i przeprowadzka do innego domu nie jest dla nich niczym dziwnym ani niecodziennym. A nie ma co ukrywać – podróż pięcioosobową rodziną na drugi koniec kontynentu wymaga odpowiedniego środka transportu. Przeprowadzki również takiego wymagają, tym razem na potrzeby przewozu ogromnej ilości rzeczy, których nawiasem mówiąc, Amerykanie całą masę uwielbiają wozić ze sobą. Tak na zaś, gdyby się może, ewentualnie przydało. Stąd ich uzasadniona miłość do ogromnych aut typu VAN’y, Camper’y, a także duże, uterenowione kombi.

SUV GMC
Typowa amerykańska furgonetka. Różni się od europejskich osobowych dostawczaków tym, że ma porządny silnik. Oczywiście V8.

Wbrew obiegowej opinii, drogi w Ameryce nie zawsze są idealnie gładkie i asfaltowe. Często są dziurawe jak ser szwajcarki i niekiedy zmieniają się w utwardzoną drogę gruntową. Ten stan rzeczy oczywiście ulega poprawie, jednak na przełomie lat 80-tych i 90-tych amerykański Pick-up oraz wielkie SUV ’y pokroju Chevrolet Blazer’a były zwyczajnie najpraktyczniejsze. Z resztą nadal są. USA to bogaty kraj, w którym każdy może pozwolić sobie na posiadanie wielkiej ciężarówki, którą może kupić jako nową za 30 tys. dolarów. Spalanie na poziomie 5-6 amerykańskich litrów / 60 mil to również jak najbardziej akceptowalny wynik. Nawiasem mówiąc, tutaj także nie potrafią wyrażać spalania w cywilizowany sposób. Wiecznie mówią coś o „milach na galon” odnosząc to do ilości mil jaką mogą przejechać na jednym ichniejszym litrze paliwa. Jak zwykle po swojemu. Wracając, problem w tym, że europejskie społeczeństwa zakochały się w tej manii wielkości. Zapragnęły posiadać ogromne terenówki Amerykanów. Dzięki Bogu nie ich imperialne jednostki miary. To by się budowlańcy zdziwili, jakby dom miał mieć 20 stóp wysokości. Właśnie wyobraziłem sobie urzędnika, który mierzy odległość skrzynki gazowej od elektrycznej w calach. Niezły ubaw. Chociaż na Wyspach jakoś to działa. W sumie USA to była kolonia Brytyjska, więc musieli przejąć od nich część cech macierzystych. W każdym razie, o ile w tak dużym kraju jak Stany ma to rację bytu i broni się wieloma argumentami (bo w czym, jak nie w wielkim na 20 stóp autobusie przewieziesz żonę, piątkę dzieci i połowę Waszego życiowego dorobku na drugi koniec kontynentu, jak nie w Dodge’u Ramie?), o tyle w Europie… jest zwyczajnie bez sensu. Producenci z Ameryki zdają sobie doskonale z tego sprawę i nie oferują amerykańskich potworków na rynku Europejskim. Bo wiedzą, że one się tutaj zwyczajnie nie sprzedadzą. A przynajmniej nie próbują tego na masową skalę. Chociaż wyniki sprzedażowe Mustanga w wersji 5.0 pokazują, że nie różnimy się za bardzo od naszych braci zza wielkiej wody w kwestii upodobań motoryzacyjnych.

SUV Chevrolet'a
Chevrolet Tahoe. SUV klasy średniej w Ameryce. Nawet stąd słyszę szlochanie Gretty…


Wyobraźcie sobie teraz modnie odzianą niewiastę z Mokotowa, która wsiada pod swoim korpo-mordorem do Forda F150. Albo Chevrolet’a Tahoe. Nie? To może do Toyoty Sequoi’? Nie, nie, nie. Ona chce wsiąść do auta, które tylko sprawia wrażenie amerykańskiego. BMW X3 na przykład. Audi Q5. Albo Bentley Bentayga. Tak narodził się segment suv i crossover w Europie. Który skutecznie zabił segment małych, tanich i zwinnych samochodów. Niestety bolesna prawda jest taka, że SUV ’y i crossovery kompletnie nie mają sensu. Przynajmniej racjonalno – ekonomicznego. Przynajmniej w Europie. Już tłumaczę o co chodzi.

Z moich obserwacji wynika, że większość aut typu kombi (A4, Passat) została zwyczajnie zastąpiona dużymi SUV ’ami pokroju Q5 czy Touareg’a. To jeszcze jakoś może się bronić… jest to to pakowne, a jeśli mieszkasz na wsi pod miastem nie musisz bać się, gdy zimą śniegi zasypią przełęcze. Inna sprawa, że 99% SUV ’ów nawet nie stało w kolejce po napęd AWD… Ale o SUV ’ach zrobię kiedyś oddzielny materiał, bo to też lekko poroniona gałąź rynku motoryzacyjnego. W każdym razie prawdziwym nieporozumieniem jest kupowanie Crossoverów – zarówno tych zastępujących Focusy czy Golfy jak i Fiesty oraz Polówki. Czekam na Up-wykrzyknik w wersji active – cross – tourer. Obowiązkowo wersja PHEV.

UP wykrzyknik SUV
Podczas końcowej edycji całego tekstu wpisałem dla zabawy frazę “VW UP <wykrzyknik> SUV” w google. Znalazłem TO. VW Cross Up wykrzyknik. Z rynkiem motoryzacyjnym jest coś bardzo nie tak.

W każdym razie, auta takie jak Polo czy Golf jeszcze 30-40 lat temu były naprawdę małe. Polo było wielkości pudełka zapałek, zaś pierwszy Golf miał rozmiary Polo z końcówki lat 20-tych. Tylko, że segmenty systematycznie rosły. I rosły. Nie tylko VW czy Audi podążyły tą drogą. Renault, Peugeot, Opel czy Fiat robili dokładnie tak samo. To dotyczy praktycznie wszystkich marek. W każdym razie urosły one do tego stopnia, że popularny u nas Golf VII czy najnowszy Focus to auta wielkości domku letniskowego. Mówię to z czystym sumieniem – praktycznością w niczym nie ustępują one kombi z lat 80-tych. Prawda jest taka, że obecne auta segmentu B i C są w środku ogromne. Cudownie wyciszone. Posiadają klimatyzację, pełną elektrykę, grzane siedzenia i co tylko dusza zapragnie. W dodatku wciąż na zewnątrz posiadają niewielkie rozmiary i relatywnie niewielką masę. Megane z 2010 roku jest lepiej wyposażona niż BMW czy Lexus z końcówki lat 90-tych.

W dodatku Francuzi nie wymagają od nabywcy zaciągania kredytu na równowartość czterech wagonów wypełnionych po dach sztabami złota. Co za tym idzie Fiesta i Clio to auta wprost idealne do dzisiejszego miasta. W którym poruszamy się 5/7 dni w tygodniu, żeby w piątek ruszyć masowo do domów na wieś czy przedmieścia. Astra i Megane to doskonałe auta, które są niczym więcej niż bardzo dobrze wyważonym kompromisem. Kompromisem, który z jednej strony stoi relatywnie niską ceną i śmiesznymi, w porównaniu do aut klasy wyższej czy SUV, kosztami eksploatacji, a z drugiej strony bardzo dobrymi walorami praktycznymi. W dodatku w specyfikacjach lekko usportowionych do gry wchodzą nam cudowne hot-hatch’e, które prowadzą się i przyśpieszają lepiej niż nie jeden samochód sportowy 10 lat wcześniej. Lecz nawet w wersji cywilnej każdy, powtarzam każdy hatchback będzie się prowadził sto razy lepiej od jego odpowiednika na szczudłach. Jest tu w ogóle ktoś, kto próbował kiedyś chodzić na szczudłach?

Obecnie przez manię mniejszości, zwykły kompleks Napoleona, bo inaczej nie potrafię tego nazwać, ludzie kupują auta, które są gorsze, droższe i mniej praktyczne. O co chodzi? Otóż taka Mazda 3 jest kompaktem, a odpowiadający jej cenowo crossover nazywa się CX-3. Wszystko gra prawda? Cóż, haczyk jest taki, że to CX-5 jest budowana na platformie Mazdy 3. Pogubieni? Ja też, lecz prawda jest taka, że rozmiarami Maździe 6 odpowiada SUV CX-7. Który to z resztą raz jest, a raz nie jest dostępny w UE. Zatem wewnętrzne wymiary CX-5 są porównywalne z Mazdą 3. Z tym, że CX-5 jest autem wyżej zawieszonym, cięższym i posiadającym gorszą aerodynamikę. W efekcie CX-5 pomimo, że oferuje kierowcy taką samą jakość wykonania, ilość miejsca i praktyczność (w moim odczuciu gorszą, bo wyżej wrzucać te ciężkie walizki jest trudniej, ale jak kto tam woli) jeździ zauważalnie gorzej. Gorzej skręca, gorzej przyśpiesza i gorzej hamuje. W dodatku drażni Grettę i spala więcej paliwa przez swoją masę Boeing’a i aerodynamikę lodówki pinginwka. Jeżeli kogokolwiek by to interesowało.


W każdym razie, żeby było śmieszniej kosztuje kilka tysięcy więcej. Dokładnie, biorąc do porównania najtańsze ich wersje, Mazda 3 w wersji SUV wypada o 14 tyś. złotych drożej (dane na dzień 07.08.2020). Zatem płacimy 14 tyś. złotych więcej, poświęcamy przyjemność z jazdy i ekonomię na rzecz American Dream. American Dream, który nie ma nic wspólnego z Ameryką. Bo CX-5 w porównaniu z Chevroletem Tahoe to świerszcz w porównaniu do średniej wielkości Brontozaura. Gwarantuję, że bez odpowiednich szkieł kontaktowych prezesi GM nigdy nie dowiedzą się o istnieniu aut pokroju CX-5. A u nas, na rynku Europejskim CX-5 to już SUV. W Ameryce zaś, to mały, miejski Crossover. A to prowadzi mnie do jednoznacznej konkluzji.


Mały, ale wariat.

My Europejczycy, mówię to ze wstydem wierzcie mi, kupujemy SUV ’y i Crossover’y tylko dlatego, żeby pokazać innym, że nas na nie stać. To tylko próba wyróżnienia się spośród tłumu hatchback’ów i kombi, które były najpopularniejszymi autami w Europie do początku XXI wieku. W związku z tym, że dziś przeciętny Hans, Pierre i Jaś kupują w pierwszej kolejności RAV4, Tiguany, Kugi i inne ich pokroju wynalazki, wyróżnianie się w tych autach przestało mieć sens. O ile kiedykolwiek miało. Obecnie, jeżeli chcesz kupić auto, które będzie naprawdę ciekawe proponowałbym spojrzeć z powrotem na rynek małych zwinnych hothatch’y. Jeżeli interesują Cię crossover’y to zapewne mieszkasz w dużym mieście. A tam najlepiej sprawdzają się auta pokroju Abartha 595, Mini Cooper S czy Polo GTI. Jeżeli zaś patrzysz na auta odrobinę starsze, to proponuję rozejrzeć się również za Citroenem DS3 Racing lub Abarthem 500. Są to bardzo wdzięczne konstrukcje, które powstały na bazie aut budżetowych. Ich projektanci nie próbowali udawać na siłę wielkich. Nikt nie prężył muskułów na pokaz. Gwarantuję za to, że jeżdżąc małym, zwinnym atletą po jego naturalnym środowisku dokonasz jedynego, właściwego wyboru. A wyjeżdżając poza miejską dżunglę możesz być nieźle zaskoczony. Ale po kolei.

Skupmy się może w pierwszej kolejności na tym, co łączy te wszystkie auta. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że każdy z nich jest mały z zewnątrz, lecz duży w środku. Może poza Abarth’em, który za swój priorytet stawia mikroskopijne rozmiary i wagę ziarenka piasku. Ponadto auta te, w przeciwieństwie do swoich odpowiedników sprzed 30 lat, posiadają na pokładzie wszystko co mogłoby okazać się przydatne dzisiejszemu kierowcy. Wszystkie zatem posiadają klimatyzację, elektryczne szyby i lusterka, do każdego z nich można dokupić też tempomat czy grzane siedzenia. W dodatku posiadają bardzo dobre nagłośnienie, z których Abarth chyba najlepsze. Z tym, że dźwięk nie do końca płynie z głośników. Ale o tym za chwilę.

Przyjrzyjmy się zatem różnicom. Citroen DS3 to typowy francuz. Wygląda bardzo młodzieżowo, choć niektórzy mogą powiedzieć, że dziecinnie i głupkowato. Jeżeli spotkacie kogoś takiego, to znaczy, że już się po prostu zestarzał i nie ma sensu zawracać sobie nim głowy. DS3 Ma ponad 200 KM i sportowe akcenty, lecz wbrew pozorom bardzo wygodnie się w nim jeździ. To idealna propozycja dla tych, którzy lubią mocne i małe hot hatch’e, lecz niekoniecznie chcą odwiedzać co wtorek ortopedę. Posiada przede wszystkim finezyjną, francuską sylwetkę z dużą ilością smaczków i nieszablonowych rozwiązań. To król stylu i bycia trendy. Kompletnie nie widać, że to konstrukcja sprzed 10 lat.

Skończyły się już te czasy, gdy VW były nijakie, nudne i bezpłciowe. Mimo wszystko to dalej niemiecka maszyna, więc nie ma co oczekiwać oszałamiająco niestandardowych i ostrych linii. Owszem wersja GTI ma kilka sportowych bajerów jak inne zderzaki, spojlery czy sportowe felgi. Nie są one jednak tak oscentacyjne jak w przypadku DS3, a sam producent nie każe nam malować każdego elementu w różne jaskrawe kolory. Ponadto można wyposażyć go w skrzynię DSG, a w połączeniu z dwulitrowym turbodoładowanym dwustukonnym silnikiem otrzymujemy auto, które nie boi się ani miasta, ani autostrady. Jak na niemiecki czołg przystało jest w nim cicho i stabilnie, nawet przy wyższych prędkościach. Tylko ten wygląd jakiś taki smutny. Szczególnie w porównaniu do Abartha 595.

W zasadzie Abarth 500 i 595 to praktycznie ten sam model. Różnią się między sobą paroma dodatkami, lecz co najważniejsze charakter pozostał taki sam. Fiat ze znaczkiem skorpiona to mały urwis, który może i nie zachwyca mocą (w wersji podstawowej posiada coś około 135KM, mocniejsze wersje dobijają do 180KM ) lecz nie w tym rzecz. Największym atutem Abarth’a jest jego masa. A w zasadzie jej brak. Niejednokrotnie widziałem właścicieli tych małych urwisów, gdy po zaparkowaniu wychodzili i przywiązywali je do barierki smyczą, żeby nie odleciały przy mocniejszym podmuchu wiatru. Zupełnie jak swego czasu ludzie przywiązywali swoje pupile przed sklepem, żeby nie uciekły. I Abarth właśnie taki jest. Zachowuje się jak mały szczeniak, który warczy, szczeka, merda ogonem i sika na dywan. Ale gwarantuję, że każdy kto ma odrobinę ikry w sobie zakocha się w nim od pierwszego naciśnięcia gazu. Dźwięk silniczka 1.4 z turbodoładowaniem jest zadziorny i prawdziwie włoski.

Dodatkowo można je kupić w wersji kabrio, a to sprawia, że gdy w piątek zmęczeni i styrani po całym tygodniu wyjedziecie wreszcie z tego gnuśnego i zakorkowanego miasta, możecie rozłożyć dach i cieszyć się czystym, świeżym powietrzem w akompaniamencie powarkiwania i strzelania z wydechu. Bądź też zapachem świeżo rozwożonego obornika po polach, zależy jak się trafi.

Ostatnią propozycją jaką mam dziś dla Was jest Mini Cooper S. Jak dla mnie to takie połączenie wszystkich powyższych aut. Po pierwsze nie można odmówić mu stylu, charakteru i uroczego design’u. Więc ma coś w sobie z Citroena DS3. Po drugie, technicznie to BMW, a zatem zrobiony został przez ludzi, którzy robią wszystko na rozkaz i pod linijkę. W efekcie ich auta są do bólu doskonałe, poprawne… i z deczka nudnawe. Zatem Mini zaoferuje Wam kilka cech przydatnych w codziennym życiu – silnik 1.6 (notabene produkcji PSA Peugeot/Citroen ten sam, który siedzi w DS3) o mocy około 200KM w zależności od wersji, wyciszenie pozwalające na podróże z wyższymi prędkościami oraz stabilne zawieszenie i układ kierowniczy. Wszystko musi być sehr gut. Jak to u Niemca. Dodatkowo Mini również można kupić w wersji z otwartym dachem i cieszyć się zapachem wśród wrzosowisk. Rzecz jasna w żadnej z tych kategorii nie jest najlepszy i miewa swoje humory (Szczególnie silnik 1.6, który strzela raz na jakiś czas fochy. Jak to książę…). To propozycja dla kogoś, kto chce kupić niemieckie auto będąc świadom zalet płynących z konstrukcji BMW, a jednocześnie wstydzi się przyznać kumplom, że kupił niemiecki wóz.


Reasumując każdy znajdzie coś dla siebie bez konieczności sięgania po rynek crossover’ów. Wszystkie powyżej opisane autka są tańsze i zgrabniejsze od swoich przyrodnich braci na szczudłach. Lepiej się prowadzą, mniej palą i o wiele lepiej przyspieszają. Każde z tych aut oferuje taką samą praktyczność jak ich crossover’owe odpowiedniki. No może poza Abarth’em. Ale w tym przypadku to w zasadzie również zaleta. Fiat zdaje się pomyślał o wszystkim. Przecież i tak wszystkie wrzucone do „bagażnika” rzeczy uległyby zmiażdżeniu przez siłę odśrodkową pojawiającą się podczas jazdy w zakrętach. Zatem Abarth nie tylko daje masę frajdy z jazdy, jest mały, zwinny i szybki, ale dodatkowo, uchroni właściciela przed rozgnieceniem więcej niż trzech pomidorów w bagażniku. Zamiast więc poświęcać czas na czyszczenie go z sosu pomidorowego, będziecie mogli zabrać drugą połówkę na prawdziwie włoską pizzę. Prawdziwie włoskim autem z charakterem, które objedzie każdego nędznego crossover’a, jaki stanie mu na drodze. I dlatego to jest mój wybór. Polo jest zwyczajnie zbyt nudne, DS3 zbyt miękki, a Mini… w sumie do Mini nie mam za bardzo jak się przyczepić. Ale pierwotnie ten artykuł miał traktować o małych włosko – francuskich autkach miejskich z charakterem. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak wybrać Abarth’a. Co też czynię z iście skorpiońską przyjemnością.

No więc? Który maluch przypadł Wam do gustu? A może wolicie jakiegoś spasionego crossover’a? Dajcie nam znać w komentarzach!
I nigdy, przenigdy nie zapominajcie: życie jest zbyt krótkie…

żeby jeździć SUV ’em ;).


Źródła:
wheelsage
Czy przedni napęd faktycznie jest do kitu?

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Lobo
Lobo
1 miesiąc temu

Mógłbym podpisać się pod tym artykułem stopami i rękami, albo kołami mojego i30N 😀

Ella
Ella
1 miesiąc temu

Dlatego jeżdżę Mazdą MX6.
Bo takich aut już nie robią…