Udany związek to sztuka kompromisów.

Często mamy tendencję do popadania w skrajności. Jestem święcie przekonany, że gdy w Waszych głowach pojawia się jakieś marzenie, jest ono maksymalnie wyidealizowane. Wytarte zostały wszystkie jego wady, a dostrzec możecie jedynie jego zalety. Wyobrażacie sobie przepiękny dom postawiony na balach, na skraju plaży. Jest ogromny, może w sobie pomieścić wszystkie Wasze marzenia, a on sam pozwoli na zabawę w chowanego podczas gry wstępnej. Łazienka jest de facto domowym spa i posiada jacuzzi, w którym możecie relaksować się do woli. W kuchni poczujecie się jak w najbardziej ekskluzywnej restauracji i przygotujecie każdy posiłek marzeń, a widok bezkresnego oceanu jaki rozpościera się z okna to najcudowniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek w życiu potrafiliście sobie wyobrazić. Zachód słońca, kieliszek Prosecco i Wasza druga połówka. Siedzicie na balkonie i kontemplujecie tę upojną chwilę. Pragniecie wydłużyć ją w nieskończoność. Któż z Was nie marzył o takim obrocie życia? Rzecz jasna nikt z nas nie zastanawia się nad tym, że co miesiąc przyjdzie mu zapłacić za utrzymanie ogromnej chałupy, gazowane wino wkrótce się skończy przez Wasze nachalne pragnienie, a na koniec przyjdzie przypływ i zmyje Wasz piękny domek razem z balkonem.

Dom nad wodą

Wybaczcie mi proszę, że tak brutalnie wyrwałem Was z tej wizji Edenu, jednakże to właśnie była jedna ze skrajności, w jaką możemy popaść. Rzecz jasna każdy ma swój wyidealizowany obraz udanego życia, lecz tak naprawdę szczęście to bardzo pozorny i ulotny termin. Starczy powiedzieć, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu i dziewięciu dziesiątych procenta przypadków więcej szczęścia daje nam dążenie do jakiegoś celu niż samo jego osiągnięcie. W momencie, w którym docieramy do jakiegoś punktu w naszym życiu, następuje chwilowy wyrzut endorfin do krwi, a następnie szukamy sobie kolejnego celu. Tacy już jesteśmy i nie ma w tym nic złego. Gdybyśmy zadowalali się byle czym, do niczego byśmy w gruncie rzeczy, jako gatunek nie doszli.

Mimo wszystko warto zdać sobie sprawę z jednej rzeczy. Życie nie jest idealne. I nie jest jednolite. Bardzo często stawia przed nami nieprzewidziane sytuacje, z których musimy wybrnąć. Najlepiej z twarzą i bez zbędnego dramatyzmu. Wyobraźcie sobie, że kupiliście samochód marzeń. Macie nieograniczony budżet, a jeżeli jesteście petrolhead’ami, to zapewne tak jak ja, wybralibyście coś szalonego, na przykład jakiś super samochód. Czy jest ktoś na świecie kto kiedykolwiek powiedział:
„O nie, za żadne skarby nie chciałbym jeździć Lamborghini. Przecież one są takie niepraktyczne!”?
Sądzę, że nie. Chyba, że jest cholernym nudziarzem. Ale wtedy i tak nikt nie chciałby z nim gadać, więc jakie ma znaczenie co on mówi? W każdym razie nic złego w tym, że marzymy o super samochodach. Sportowych coupe, czy roadsterach. Problem jednak w tym, że ten nudziarz wspomniany linijkę wyżej ma trochę racji. I nie zrozumcie mnie źle. Ja dalej nie chcę z tym gościem o niczym gadać. Po prostu przyznaję, że budowanie wielkiej willi tuż przy linii brzegowej Oceanu Spokojnego może nie być najpraktyczniejszym i najlepszym pomysłem. A nie chciałbym stanąć oko w oko z żoną, której próbuję wytłumaczyć, że na wakacje jedziemy bez bagażu. Warto zatem zastanowić się nad alternatywą i pójść na kompromis.

Ferrari - super samochód

Ciasny ale własny.

Po drugiej stronie barykady znajdują się mieszkania w mieście. Praktyczne, tanie i łatwe w obsłudze. Wszędzie blisko, nie musisz martwić się o cieknący dach, bo to załatwia wspólnota czy spółdzielnia. W dodatku nie trzeba kosić trawy i martwić się o odśnieżanie podjazdu. Z tym, że mieszkania bardzo mocno Cię ograniczają. Są niczym klatki dla ptaków. Owszem, zapewniają podstawowe potrzeby bytowania, lecz nawet w najbardziej ekskluzywnym apartamencie ciężko będzie Ci zrobić grilla. Czy pograć w piłkę ze znajomymi. Chociaż gdyby się nad tym nieco głębiej pochylić, ostatni punkt zależy chyba tylko i wyłącznie od aktualnej pojemności Waszego barku w piątkowy wieczór. Ale zostawmy to. Chodzi o to, że nawet najbardziej wypasione mieszkanie nie zastąpi Ci domku jednorodzinnego. Nie ma też nic pociągającego w posiadaniu praktycznego hatchback’a czy kombi w dieslu. One za bardzo ograniczają swobodę, nie dają takiej radości jak kawałek własnej ziemi. Co innego domek na przedmieściu. Jest bezpieczny, bo mieszkasz na osiedlu, więc niewielka jest szansa, że nikt nie usłyszy Twoich wołań o pomoc gdy skończy się cukier w kuchni. Jest też praktyczny, bo mimo wszystko blisko jest do miasta, pracy, szkoły i tak dalej. Daje odrobinę wolności, bo weekendowe grillowanie jest jak najbardziej w zasięgu ręki. Niestety nie urządzisz w nim imprezy życia, ani nie popatrzysz na zachód słońca nad jeziorem. Dookoła będziesz miał takie same jak Twój, domki jednorodzinne. Perfekcyjnie przycięte trawniczki, żywopłoty i równiutkie murki. Po pięciu minutach głośnej muzyki przyjdzie sąsiad i z wrzaskiem zamanifestuje, że ma dosyć tego dudnienia. To przywodzi mi na myśl pierwszą alternatywę dla super samochodów.

Audi RS4 - pozorny super samochód

Audi RS4 jest właśnie jak dom na podmiejskim osiedlu. Wygląda reprezentatywnie, ma idealnie skrojone wnętrze, a w dodatku zapewnia masę komfortu i wolności. W przeciwieństwie jednak do super aut, jego priorytety to praktyczność nadwozia kombi i bezpieczeństwo napędu quattro. A my przecież szukamy alternatywy do super samochodu. Czegoś szalonego. Bez sztucznego ugrzeczniania i ucierania temperamentu. W dodatku, w ostatniej generacji RS4 straciło swoją kartę przetargową w postaci V-ósemki, a co za tym idzie, stało się zbyt dorosłe i ucywilizowane. Zupełnie, jak domek pod Warszawą. Więcej w tym wszystkim prężenia muskułów na pokaz niż faktycznego charakteru. Przerost formy nad treścią.


BMW M3 - prawie super samochód

Kolejny kandydat nie będzie raczej zaskoczeniem, jest nim bowiem BMW M3. Tym razem, mamy wyraźnie skierowaną strzałkę w stronę sportu i radości z jazdy. Przynajmniej na papierze. Napęd wyłącznie na tylną oś, nadwozie sedan i możliwość dezaktywacji wszystkich niepotrzebnych systemów bezpieczeństwa. Jednakże tutaj również nie uświadczymy już silnika V8. Pozostaje nam zadowolić się turbodoładowaną rzędową szóstką, w dodatku w automacie i skórach. I nie chcę przez to powiedzieć, że to źle. Niestety BMW dzisiaj, stanowczo stawia bardziej na komfort z nutką sportu. W przeciwieństwie do BMW wczoraj, w którym to sport był okraszony nutką komfortu. Zamiast stołu bilardowego, w salonie stoi miękka sofa i barek. W dodatku tą samą jednostkę możemy znaleźć w innych modelach BMW, a to sprawia, że traci ona na wyjątkowości. Poprzednia M3 była pod tym względem kompletnie inna. Wolnossąca, wysokoobrotowa V-ósemka, o czysto wyścigowych konotacjach sprawiała, że to auto było niepowtarzalne. Było jak mały super samochód na co dzień. Tak jak nasz następny gość.


Mercedes jest marką raczej kojarzoną z komfortem i luksusuem. Gdy słyszę od kogoś, że jeździ autem z gwiazdą na masce, od razu pojawia się w mojej głowie pytanie: „Nie noo… fajne, fajne. Od dziadka pożyczyłeś?”. Jednak mój szyderczy uśmiech można zmazać z twarzy jednym skrótem. AMG. Te trzy literki pod warunkiem, że nie zostały doklejone przez domorsłego tunera sprawiają, że komfortowe poduszkowce zmieniają się w bezczelnych huliganów. Twardych, narowistych i niewybaczających błędów. Z całej trójki Niemców, to właśnie Mercedesom AMG najbliżej było zawsze do super samochodów. Modele takie jak SLS czy McLaren SLR można śmiało nazywać marzeniami, o których śniły po nocach całe pokolenia. Mercedes jednakże miał też propozycję dla kogoś, kto pragnął zaznać magii literek AMG, a jednocześnie nie do końca chciał rezygnować z odrobiny praktycznego wymiaru auta.

Mercedes - mini super samochód

C63 AMG to potworek stworzony z połączenia C klasy i wielkiego silnika 6.2 produkcji AMG. Jednocześnie to bezpośredni konkurent Audi RS4 i Beemki M3. Jednak z całej trójki najbliżej mu było do super auta. Był z nich najbardziej narowisty, najchętniej latał bokiem i najszybciej zjadał własne opony. W dodatku wyposażony był w wielką, wolnossącą V-ósemkę, która chyba miała najcudowniejsze brzmienie wszechczasów. Posłuchajcie z resztą sami:

Niestety, czasy się zmieniły, a Mercedes musiał dostosować się do nowych wymogów prawnych. Tym samym miejsce wolnossącej V-ósemki zajęła czterolitrowa, turbodoładowana jednostka, która owszem ma osiem cylindrów, ale brakuje jej surowości i twardości poprzedniczki. I Mercedes nie specjalnie chce się tym chwalić. Świadczy o tym nazwa topowej wersji o oznaczeniu C63 AMG, co  wprost ma nas przekonać, że nic się nie zmieniło. Ale to bzdura, bowiem z bezkonkurencyjnego i bezwzględnego daily super auta, Mercedes zrobił kolejną szybką i luksusową, acz odrobinę oszukaną konstrukcję, która nijak ma się do poprzedniej generacji. Z domku na klifie, który w każdej chwili mógł runąć razem z tonami skał, opadającymi swobodnie w bezdenną toń oceanu, Mercedes przeniósł się na spokojną wieś. Owszem, wciąż może rozkręcić imprezę i dać czadu, ale nie będzie to już ten sam koncert Heavy Metalowy, który grała stara V-ósemka 6.2. Tym razem będzie to typowe Disco Polo, które potrafi ponieść tłumy jedynie pod warunkiem, że są wystarczająco pijane. Na trzeźwo żaden petrolhead nie zaakceptuje tego, że Mercedes zwyczajnie chce go oszukać, pakując 4.0 i oznaczając go jako C63. Tak jakby sami się tego wstydzili.


Skoro zatem Niemcy, pomimo początkowo dobrych pomysłów i intencji, w końcu zawodzą, to może czas zwrócić wzrok w przeciwną stronę? Na Dalekim Wschodzie, daleko, daleko za Chinami leży małe państewko o wielkim sercu i tradycyjnej kulturze. Skoro potrafiło w przeszłości stworzyć tak imponujące auta jak Toyota Supra, Nissan Skyline czy Mazda RX-7, to powinno też umieć stawić czoła Niemcom prawda? A kto, jak nie Toyota, będąca najlepiej sprzedającą się marką na świecie (nie mylić z koncernem – tutaj VAG ich wyprzedził, ale jako cały koncern w obrębie wszystkich marek doń należących!) ma największy potencjał finansowy i technologiczny? No i macie rację. Czy raczej powinienem powiedzieć, mieliście. Ponieważ jedyny daily super samochód w sedanie, jaki wyszedł spod skrzydeł luksusowej Toyoty to Lexus IS-F.

Lexus IS F - stracone nadzieje

Był to pojazd, któremu najbliżej chyba do C63 AMG. 5.0 V8. Żadnego doładowania, kompresora czy innych tego typu bajerów. Czysta, nieskazitelna moc wolnossącego serca. Jednakże ostatni IS-F zjechał z taśm w 2014 roku. Od tamtego czasu Lexus nie posiadał w swojej gamie (poza lekko przygrubym GS-F’em, ale to waga ciężka…) żadnej alternatywy dla sportowych sedanów z Niemiec. Nie mówiąc już o super samochodach. I szczerze Wam powiem, że mam do nich o to ogromny żal. Bo Lexus to Toyota. A Toyota to nie jest pierwszy lepszy producent samochodów budżetowych skierowanych na rynki rozwijające się. Oni nie produkują widlaków ani nie stanowią niszy na światowym rynku. Toyota to obecnie największa marka na świecie. Sprzedająca najwięcej aut rok do roku, a jako koncern plasuje się na drugiej pozycji zaraz za VAG’iem. Potrafiła stworzyć najcudowniejszy, najlepiej brzmiący, najbardziej dopracowany i najdroższy samochód na świecie – Lexus’a LFA. Dzieło sztuki na kołach. Pokazała wszystkim innym producentom środkowy palec. I co z tego? Gucio. Absolutnie nic. W żaden sposób tego nie wykorzystali. Pokazują jedynie kolejne hybrydowe, wodorowe czy jakieś tam inne nowoczesne eko-wozidełka pokroju RAV4 hajbrid czy Priusa. Poza budżetową GT-86, która nawiasem mówiąc jest świetna w dużej mierze dzięki Subaru, ich salony świecą pustkami. Więc z całym szacunkiem, ale chyba stać ich na to, żeby pokazać odrobinę więcej niż Toyotę Z4 i BMW Suprę. Czy jak jej tam. O to mi chodzi:

BMW Z4

Przepraszam za tą chwilę frustracji. Musiałem. Wracając do tematu Japończyków, swoją próbę miał też Nissan. A konkretnie Infiniti. Otóż w 2014 roku zaprezentowali oni Infiniti Q50 Eau Rogue. Jakkolwiek uroczo nie brzmiała by ta nazwa, wzięta podobno od jakiegoś zakrętu, na jakimś tam torze, tak auto samo w sobie brzmiało bardzo poważnie. 568KM. 600Nm momentu. Od zera do setki skakało w czasie poniżej 4 sekund. Stały napęd na cztery koła. Mało? No to mam dla Was bombę. Q50 Eau Rogue napędza prawdziwie charakterne serducho. 3.8 litrowe, podwójnie doładowane V6. Brzmi nieco znajomo, prawda? Mi też coś nie pasowało, zacząłem więc szperać. Okazuje się, że Infiniti zapożyczyło silnik od Nissana GT-R. Tego Nissana GT-R.

Prawdziwy super samochód

Czy ja w ogóle muszę coś dodawać? Infiniti zaproponowało sedana, z prawdziwym bagażnikiem, tylnymi siedzeniami, klimatyzacją, tempomatem, Iso-fix’ami i tak dalej, który technicznie rzecz biorąc byłby jedną z najszybszych maszyn na świecie. O GT-R chyba nie muszę nic mówić – wszystko na jego temat już zostało pokazane i przedstawione setki, tysiące razy. Zatem znaleźliśmy nasz idealny kompromis. Cudowną alternatywę dla auta super sportowego, które nie stoi na balach i nie zmyje go woda. W którym możecie zabrać całą rodzinę na wakację, pojechać do pracy, odwieźć dzieciaki do szkoły, a w wolnej chwili…

Infiniti Q50 Eau Rogue - super samochód w sedanie

Tylko, że muszę ostudzić Wasz entuzjazm. To koncept. Q50 Eau Rogue nigdy nie zostało wyprodukowane. Miało być i zapowiadane było wiele razy. Ale wycofano się z tej propozycji uznając, że takie auto się nie sprzeda. Po prostu. Japończykom chyba umknął pewien szczegół. Mianowicie po ulicach jeździ masa M3, AMG i RS’ów. Ale to pewnie wypadek przy pracy. A może dorzucają je do chipsów? Szkoda mi słów, na tych Japończyków. Kiedyś mieli jaja, a teraz? Teraz to już nawet włosów na nogach zaczyna im brakować.

elektryk

Tym samym doszedłem do pewnego rodzaju ściany. Ściany w moim umyśle. Wszystkie pomysły, jakie przyszły mi do głowy, zostały brutalnie rozbite. To prawda, jest jeszcze Jaguar XE SV, ale to auto torowe. Zabawka, która idealnie sprawdzi się jako drugie auto w rodzinie, nie jako alternatywa. Usiadłem więc, wziąłem łyk wina i zamknąłem oczy. Wyobraziłem sobie kwintesencję super samochodu. Ujrzałem też krętą, górską drogę. W oddali majaczyła lazurowa tafla oceanu. A może to było morze? Skup się. Oczami wyobraźni krążyłem wokół McLaren’ów, Lamborghini, Aston’ów i Ferrari. Ferrari. Kwintesencja super auta. Ferrari. I wtedy ujrzałem przed sobą ją. Ideę. Lśniącą żarówkę nad głową. Zobaczyłem tę, której szukałem, a o której całkowicie zapomniałem. Tę, o której niejednokrotnie myślałem, a zawsze ulatywała mi z pamięci. Niczym woda w strumyku, drobinki piasku na wietrze, płatki kwiatów na łące. Ulotna, nieuchwytna. Zjawiskowa, niczym zachód słońca na Sycylii. Klimatyczna, jak ledwie słyszalne brzmienie lutni we Włoskiej knajpce. Usłyszałem to. Jęk, gwizd, syk i grzmot. Dźwięk pioruna i trzask łamanych drzew. Ten dźwięk rozbrzmiewał mi pod czaszką, jerzył włosy na głowie, kłuł w bębenki. Usłyszałem ją. A na imię było jej Giulia. Giulia Quadrifoglio Verde.

Super samochód w sedanie

Od pasjonatów, dla pasjonatów.

Alfa Romeo jest marką jedyną w swoim rodzaju. Ma głęboką historię tworzenia aut sportowych z prawdziwą duszą. Była przekazywana wielokrotnie z rąk do rąk, żeby finalnie zostać zakupiona przez Fiata. Odnosiła swoje sukcesy w motosporcie, a na przełomie XX i XXI wieku wywalczyła chyba najbardziej rozpoznawalną łatkę na świecie. Królowa lawet. Łatka ta jest tak silna, że do dziś Włoski producent nie może się jej pozbyć. I choć od niemal dziesięciu lat, Alfa tworzy samochody udane, pozbawione większych wad konstrukcyjnych, to nadal miłośnicy motoryzacji po cichu podśmiewują się z Alf, holowanych przez BMW na wstecznym.

Alfa Romeo holowanie BMW

Jednakże kiedyś, Alfa Romeo taka nie była. Swego czasu, Alfy były produkowane przez miłośników motoryzacji. I do takich też finalnie trafiały. Niestety po przejęciu przez Fiat’a, wprowadzeniu felernych jednostek Twin Spark oraz drastycznej obniżce jakości produkcji, Alfa Romeo niemal zbankrutowała. Na szczęście to już przeszłość. Najlepiej istotę problemu, oddają słowa Jeremy’iego Clarkson’a i nie pozostałbym sobą, gdybym ich tutaj nie przytoczył:

J.C.: „I’ve always said, you can’t be a true petrolhead, until you’ve owned an Alfa Romeo. And the trouble is, I’ve always known, there’s no Alfa Romeo, that true petrol head would actually want to buy. There is now though. There is now…”
J.C.: “Zawsze mówiłem, że prawdziwy miłośnik motoryzacji, choć raz w życiu powinien posiadać Alfę Romeo. Problem w tym, iż zawsze wiedziałem, że nie istnieje Alfa Romeo, którą prawdziwy miłośnik motoryzacji chciałby kupić. Teraz już taka istnieje. Teraz już tak…” (tł. własne autora).

Prawda jest taka, że Giulia jest pierwszą Alfą od lat, która została wymyślona, zaprojektowana, i skonstruowana przez prawdziwych miłośników motoryzacji. Udało się tchnąć w nią duszę, przekazać jej ludzki pierwiastek. Nadać jej cechy człowieka, osobowość i charakter. Ma dokładnie to, czego szukałem w super samochodzie na co dzień. Nie chcę rozwodzić się tutaj nad jej parametrami ani cechami konstrukcyjnymi. O wiele lepszy i obszerniejszy artykuł o procesie tworzenia Giulii, został już stworzony przez zespół Forza Italia i w tym miejscu serdecznie zapraszam do jego przeczytania:

Alfa Romeo Giulia – nowa dynastia.

Jest to kawał świetnej roboty i byłbym głupcem, gdybym chciał kopiować lub powielać informacje tam zawarte. Od siebie jedynie dodam, że Giulia została zaprojektowana w kompletnie odmienny sposób niż większość aut dzisiaj. Otóż obecnie, producenci projektują auto cywilne, które następnie obniżają, poszerzają i tuningują. Dorzucają mocniejszy silnik, lepszą skrzynię, dyferencjały i fotele kubełkowe. Do tego trochę plastikowych spojlerów i voila. Otrzymujemy usportowionego hot-hatch’a, M5 czy inną RS4. Giulia od początku była projektowana jako super samochód na co dzień. Od początku każdy jej aspekt, każdy jej element i cecha projektowana była z myślą o wersji Quadrifoglio Verde. Odmiany cywilne to jedynie „downgrade” wersji Q. To dlatego, nawet cywilna, 200-konna (nota bene, to najsłabsza odmiana benzynowa) Giulia jeździ tak fenomenalnie. I można mieć do niej pretensje, że posiada dyskusyjne reflektory, ciężko się z niej wysiada, czy że ekran multimedialny… coś tam z nim jest nie tak. Właśnie. Coś tam. Nie pamiętam już w zasadzie co z nim było nie tak. Bo to kompletnie nie ma znaczenia. W zasadzie to dobrze, że ma jakieś wady. To sprawia, że przybiera cechy człowiecze i jak każdy człowiek ma skazy tu i ówdzie. Lecz wytykanie ich Giulii jest nie na miejscu. Równie nie na miejscu jak wytykanie skaz na ciele komuś, kogo ledwie poznaliście. Zwyczajnie nie przystoi. To tak, jakbyście spotkali przepiękną kobietę w wieczorowej kreacji. I zanim poprosilibyście ją do tańca, skreślilibyście ją tylko dlatego, że ma spięte włosy, drobny pieprzyk pod nosem, czy kurze łapki pod oczami. Jeżeli tak powierzchownie oceniacie kobietę to nigdy, przenigdy nie sprawdzicie jaka jest w tańcu. A uwierzcie mi, Giulia nie jeździ. Jej się nie prowadzi. Z nią się tańczy. Giulia nie wygląda. Ona uwodzi. Jej podwójnie doładowana, ponad pięćset konna V-szóstka nie brzmi. Nie warczy ani nie mruczy. Ona śpiewa. Śpiewa balladę, której kunsztu jaki tchnęli w nią Włosi nie doceni jedynie głupiec i ignorant. Takich samochodów się dzisiaj nie robi. Giulia to nie jest zwykły produkt. To dzieło sztuki, daily super samochód stworzony przez pasjonatów, dla pasjonatów.

Mini super samochód

Źródła:
wheelsage
Czy BMW bez “M” ma sens?
Test Alfa Romeo Giulia QV by Jeremy Clarkson.

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Grzegorz
Grzegorz
20 dni temu

Tylko to nie jest QV tylko Q. Reszta się zgadza 🙂

Paweł
Paweł
12 dni temu

Honda Acura TLX Type S…