Tylko głupiec nie ma zdania.

Żyjemy dziś w przedziwnych czasach. Wywiera się na nas, nie do końca dla mnie zrozumiałą, presję posiadania zdania na każdy temat. O czymkolwiek nie toczyła by się dyskusja, jeżeli nie zabierzemy w niej głosu i nie wyrazimy swoich przekonań, zostaniemy zaszufladkowani jako ktoś nie mający bladego pojęcia o niczym. Po pierwsze jest to bardzo krzywdzące. Nie żyjemy w czasach oświecenia, a inteligentny i wykształcony człowiek nie musi posiadać wiedzy o wszystkim. Mało tego, niemożliwym jest posiadanie wiedzy w każdej dziedzinie z prostej przyczyny. Jako ludzkość wiemy co raz więcej, a gałęzie poszczególnych nauk rozwijają się na tyle dynamicznie, że niejednokrotnie powstają specjalizacje wewnątrz specjalizacji. I tak jeszcze 100 lat temu fizyk był naukowcem, specjalistą w dziedzinie poznania praw rządzących wszechświatem opisywanych za pomocą matematyki. Dziś mamy fizyków kwantowych, jądrowych, co raz częściej mówi się o fizyce grawitacyjnej w skali makro oraz mikro. Sporo tego.

Fizyka kwantowa

Po drugie nikt z nas nie chce uchodzić za osobę niekompetentną. Dlatego nikogo nie dziwi już fakt, że staramy się wiedzieć. Dowiedzieć, doczytać i nie wyjść na głupka. A gdzie zazwyczaj sięgamy? Jeszcze 20 lat temu była by to książka. Encyklopedia, lub opasły tom traktujący o danej dziedzinie życia. Dziś mamy internet i powiedzenie „spytaj wujka Google” na stałe weszło do naszego języka. Niestety jest w tym pewien problem. O ile w lekturze specjalistycznej możemy znaleźć jedynie informacje, suche fakty i dane, o tyle internet stał się pożywką dla całych zastępów dziennikarzy, twórców i pseudo wiedzących. I zakładając nawet, że nie mają oni złych intencji i chcą przekazywać swoją wiedzę w sposób rzetelny, to bardzo często tworzą źródła opinii, a nie danych. Wbrew pozorom bardzo trudno jest znaleźć w dzisiejszym internecie strony, które ustrzegły się wpływu cenzora, poprawności politycznej czy zwykłych błędów poznawczych twórcy. Bowiem uznawana za podstawowe źródło Wikipedia, nie jest i nigdy nie była źródłem rzetelnych, niepodważalnych informacji i suchych faktów. Jest ona tworzona przez ludzi, w zasadzie przez każdego. A to powoduje zakłamania.

Internet

To przywodzi mi na myśl pewien schemat, jakim kierujemy się przy ocenie „czegoś”, czego nie znamy. Przeprowadźcie bowiem, krótki eksperyment myślowy. Załóżmy, że jesteście Polakami, mieszkacie w Polsce i nigdy nie byliście w USA. Tych z Was, którzy mieli to szczęście, proszę o przewinięcie po prostu odrobinkę niżej. Wracając do tematu, jakie macie wyobrażenie o Ameryce? Zapewne część z Was widzi przed sobą wielkie budynki, drapacze chmur, bogactwo i dolary. Takie nazwy własne jak Nowy Jork, Manhattan, Waszyngton, Las Vegas czy San Francisco od razu pojawiają się w głowie. One z kolei generują przed oczami obraz kraju, w którym każdy prowadzi swój „buisness”, pomnaża nieprzebrane morze zielonych i wydaje je na uciechy dnia codziennego. Jednym słowem obraz idealnego świata, w którym każdy może zarobić i kupić co tylko zechce. Jednak to tak jakby oceniać przeciętną rodzinę Polaków przez pryzmat serialu pokroju Rodzinki.pl. To media, internet, filmy i seriale z Ameryki wykreowały w nas, Europejczykach, takie postrzeganie Stanów Zjednoczonych. Odrobinę przekrzywione, a to wszystko przez swoją moc tworzenia opinii. Stwierdzenie „to tylko film” idealnie oddaje obraz sytuacji. Owszem, Amerykanie są bogatsi i mogą sobie na więcej pozwolić. Zapominamy jednak, że wschodnie i zachodnie wybrzeże to nie jedyne zamieszkałe tereny. Pozostają jeszcze Stany środkowe, północne i południowe. A tam życie toczy się swoimi ścieżkami, wcale nie tak odmiennymi od naszych, europejskich problemów dnia codziennego.

Stany Zjednoczone Ameryki

Gdy jechałem na testy, starałem się mieć gdzieś z tyłu głowy to, o czym piszę powyżej. Na co dzień nie mam styczności z amerykańskimi wozami. To prawda, wiele lat temu miałem przyjemność jazdy zarówno Mustangiem jak i Camaro, lecz oba były wyposażone w silniki V8. Ja również, jako prawdziwy petrol head ulegałem niejednokrotnie mocy opinii, że auta z USA muszą mieć V8 i tylko takie można nazywać prawdziwymi amerykańskimi muscle car’ami. Tym razem miałem dostać w swoje ręce dwie, śnieżno białe V-szóstki. Muszę na chwilę odbiec od tematu i poruszyć pewien problem. Bowiem przedziwny schemat wydarzeń ma miejsce także w innych markach, a ja do końca nie rozumiem jego podłoża. Rozmawiając z miłośnikami przeróżnych samochodów, nasza dyskusja na temat poszczególnych wersji zawsze kończyła się w podobny sposób. Najbardziej jaskrawe zdawały się zawsze emocje związane z wersjami N/A, WRX oraz STi wśród fanów Subaru. Gdy ktoś na zlot przyjeżdżał Imprezą wolnossącą słyszał od razu „oo fajnie fajnie, ale nie lepiej było odłożyć te 10 tysięcy więcej i kupić WRX?”. Rzecz jasna, gdy obok przyjeżdżał jakiś odpicowany GT czy WRX (wersja uturbiona, lecz wciąż cywilna) słyszał od razu tony zachwytu, które finalnie i tak kończyły się kwitowaniem „nie no ekstra ten Twój wóz. Ale nie lepiej było odłożyć jeszcze ze 30 tysięcy i kupić STi?”.

Subaru Impreza zlot

Najciekawsze w całej tej sytuacji było to, że takie teksty słychać w głównej mierze od ludzi, którzy albo nie mieli Subaru w ogóle, albo jeździli jakimiś nudnymi autami pokroju Legacy, Outback’a czy Forestera w dieslu. Podobny schemat rozmowy zawsze towarzyszył mi podczas dyskusji na temat Mustangów. Ktoś kupował podstawową, dwustukonną V-szóstkę i od razu słyszał „a czy nie lepiej było odłożyć jeszcze te 20 tysi i kupić V8?”. Myślę, że to wynika wprost z opiniotwórczego przekonania: jeżeli Subaru, to tylko STi. Jeśli BMW, to tylko M. Jeżeli Mustang to przecież tylko V8. A to nie do końca oddaje naturę rzeczy. Tym bardziej, że wypływa z ust osób, które nigdy takimi autami nie jeździły.


Historia wiele tłumaczy.

Mustang 1964

Wracając zatem, z tej przydługiej, acz koniecznej dygresji, musiałem wyzbyć się tych okropnych stereotypów i spojrzeć na problem z trochę innej perspektywy. Zdjąć z siebie pryzmat wrzeszczącego V8, bogactwa i przepychu w amerykańskim stylu. Wnioski jakie wyciągnąłem z całej sytuacji są dla mnie cholernie zaskakujące. Ale od początku. Przede wszystkim należy sobie uświadomić, czym jest Ford Mustang dla Amerykanina. To bardzo silny symbol. Symbol motoryzacji, symbol samochodu i ducha czasów, w których jazda autem była wyrazem własnego ja. Sposobem na wyrażenie swojej indywidualności, wolności i statusu społecznego. Ponadto jest żywą pamiątką po dawnej Ameryce. Pamiątką z czasów, kiedy to USA była wielką potęgą światową i rozdawała karty w każdej dziedzinie życia politycznego. Dla Amerykanów właśnie tego symbolem jest pierwszy Mustang. Wielkości, siły i prestiżu Ameryki samej w sobie. Tej z lat 60-tych.

Ford Mustang Cobra Mk2

Niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Otóż w 1973r. przyszedł kryzys naftowy, który sprawił, że dumni producenci amerykańscy tacy jak Ford, Chrysler czy Chevrolet zmuszeni byli zmodyfikować swoje produkty i przystosować je do nowej sytuacji rynkowej. Z dumnych, mocarnych i potężnych V8 zrobiono popierdółki. To właśnie z tych czasów pochodzą stereotypy o amerykańskich wozach, w których za pojemnością nie szła moc ani osiągi. Pięcio, sześcio a nawet siedmio litrowe, wykastrowane bloki, z których wyciągano moce rzędu stu – stu pięćdziesięciu koni tylko po to, żeby jako tako sprostać kryzysowej sytuacji na rynkach ropy.


Mustang Mk5

Czym w takim razie jest Mustang XXI wieku? Otóż jest to symbol odrodzenia. Próbą pokazania światu, że amerykańska motoryzacja „is great again”. Po drugiej oraz trzeciej generacji Mustangów z czasów kryzysu paliwowego, w 1993r. nadszedł czas na czwartą generację. I ona owszem, posiadała już odpowiednią moc i charakter, jednak nie nawiązywała tak silnie do pierwszej. Czwarty Mustang to po prostu „sportowy, amerykański Ford”. Dopiero piątka stała się prawdziwym symbolem odrodzenia Mustanga. Była też pierwszym pony car’em z wielkiej trójki, który doczekał się remake’u w postaci retro – stylizowanego sportowego coupe, nawiązującego charakterem do czasów swojej świetności sprzed kryzysu naftowego lat 70-tych i 80-tych.

Mustang Mk6

Czym zatem jest najnowsza, szósta odsłona Forda z logo galopującego konia? Jest próbą kontynuacji sukcesu, jaki niewątpliwie odniosła piątka. Przede wszystkim sukcesu wizerunkowego. Jest jej rozwinięciem, swego rodzaju głębokim liftingiem. Poprawia mnóstwo niedociągnięć poprzedniczki i sprawia, że technicznie rzecz biorąc stała się o wiele bardziej nowoczesna i cywilizowana. Przyjazna, dla codziennego użytkownika. Na szczęście Ford nic w niej nie popsuł, a jedynie wysmuklił. Ale po kolei.


Ford Mustang Mk5 Mk6

My w Europie odbieramy Mustanga odrobinkę inaczej niż jest on postrzegany w Ameryce. Dla nas to symbol motoryzacji zza wielkiej wody, z którego niektórzy w pewnym sensie drwią. Często słyszy się, że amerykańskie wozy nie skręcają, nie mają mocy i dużo palą. Wynika to jednak z naszego wypaczonego pojmowania motoryzacji zza oceanu, na którą patrzymy przez pryzmat właśnie lat 70-tych i 80-tych. Dzisiejsze auta z metką „made in U.S.” nie mają nic wspólnego z tym stereotypem i najwyższy czas powiedzieć to głośno i wyraźnie.

Front light Mk5 light

Najpierw miejmy może z głowy cechy wspólne obu Mustangów. Występują one w wersjach 3,7L V6 o mocy 305KM przy jednoczesnej wadze około 1600 kg. Teraz zastanówcie się, jakie europejskie auto jest ich odpowiednikiem wizerunkowym? Nieduże coupe, kupowane głównie przez ludzi zakochanych w motoryzacji, których jednocześnie nie stać na Ferrari czy Porsche. Niekiedy spotykam się z określeniem, że w Stanach Mustang pełni taką samą rolę jak Passat w Europie. Ja jednak odniósłbym go do aut pokroju BMW serii 3 w coupe. A teraz przypomnijcie sobie, jakie parametry osiągają „mocarne 2.8 czy 3.0” w E46. Może zatem należy porównać ich topowe wersje? Weźmy nowsze E92 M3 oraz podstawową wersję GT Shelby od Forda. M3 ma 400KM, GT Shelby ponad 500KM. Zatem gadanie o tym, że Amerykańce mocy nie mają, jest tak samo trafione jak teoria o płaskiej ziemi. Wejdźmy zatem w temat skręcania i właściwości jezdnych.

Mustang sunset

Utarło się przekonanie, że Amerykańskie auta nie skręcają. Ma to swoje źródło w starych Cadillac’ach i Lincoln’ach z lat 60-tych czy 70-tych, które bujały się na każdym wyboju niczym tankowiec na Oceanie Spokojnym. Lecz kompletnie nie ma nic wspólnego z obecnym stanem rzeczy. Owszem, Mustang Mk5 z tyłu wciąż posiada konstrukcję sztywnego mostu opartego na drążku Panharda, jednak jakkolwiek uroczych dźwięków by on nie wydawał, nie sprawia, że przy każdym mocniejszym dodaniu gazu auto sunie bokiem prosto na drzewo. Rzecz jasna moc i napęd na tylną oś robią swoje, a przy odrobinie wyczucia możemy radośnie zamiatać tyłem na każdym rondzie. Czy to źle? Sportowe odmiany BMW M czy Mercedesa AMG również są projektowane tak, aby pożerały własne opony przy akompaniamencie pisku i dymu, a skoro podobny poziom frajdy można uzyskać prostym, tanim i niezawodnym rozwiązaniem, powstaje pytanie – po co przepłacać?


Ford Mustang Mk5 Mk6

Nowsza odsłona to już trochę inna bajka. Zastosowano tu zawieszenie wielowahaczowe i trzeba przyznać jedno – jest o wiele ciszej. Auto sunie miękko po nierównościach i nie sprawia wrażenia, jakby chciało nadstawiać tyłu na dowolnym łuku. Do czasu, aż go o to nie poprosimy. Okazuje się, że przy odrobinie chęci, nowszy Mustang równie chętnie daje się zaprosić do zabawy, jednak robi to w odrobinę delikatniejszy, łatwiejszy do opanowania sposób. Powstaje zatem podstawowe pytanie, czy nie cel uświęca środki? Skoro Ford postawił na tanie auto dla ludu, dające jednocześnie masę frajdy i potrafił skonstruować je w taki sposób, żeby było przystępne cenowo, jednocześnie zachowując predyspozycje do dawania frajdy… to czy nie odniósł sukcesu? Jak dla mnie plan wykonany w 100%.

Mustang badge

Jest jednak jeszcze jeden, malutki problem, z jakim auta „Jankesów” muszą się zmierzyć. Wykończenie wnętrza. O ich legendarnych plastikach skrzypiących od samego patrzenia, o odłażących okleinach i podróbkach drewna można przeczytać niemal w każdym teście auta z USA. O tym, że wszystko jest twarde, trzeszczy na nierównościach i wygląda jak wyciągnięte prosto z fabryki produkującej słomki do McDonald’a krzyczy niemal każdy dziennikarz czy reporter. I wiecie co? Ja kompletnie nie wiem o co tyle szumu. W porządku, Ford nigdy nie zachwycał poziomem wykończenia wnętrza, ale czy kiedykolwiek miał zachwycać? Jeśli zależy Wam na fenomenalnie zmontowanych, obitych skórą plastikach uzupełnionych pięknymi zdobieniami z aluminium, drewna i włókna węglowego może powinniście skierować swoje kroki w stronę Rolls Royce’a?

Mustang interior mk5

Pragnę jedynie przypomnieć, że rozmawiamy o odpowiedniku cenowym Subaru BRZ w Ameryce. Jest skóra na fotelach? No jest. I to o niebo lepsza niż w niejednym Lexusie. Są miękkie podłokietniki, skórzana kierownica i cisza w środku? Poza strzelającym wydechem, dookoła panuje błoga cisza. A to, że plastiki gdzieniegdzie są twarde… powiedzmy sobie szczerze. A kogo to obchodzi? Z resztą, zapraszam do nowych Mercedesów. Festiwal dźwięków wszelakich nawet przy prostej czynności wsiadania.

Mustang Mk6 interior

Ford Mustang art

Mustang niczego nie udaje. Wręcz przeciwnie. Umiejętne oszczędności, na jakie Ford postawił są kluczem do jego sukcesu. Nie oszukujmy się, jeżeli jesteście delikatni, co świt wmasowujecie w twarz kremik, pielęgnujecie skórki od paznokci i traktujecie włoski żelem czy suchym szamponem to nie jest auto dla Was. Lepiej kupcie sobie Mercedesa i bawcie się trzeszczącym i wystającym tabletem z kokpitu. Mustang to auto dla ludzi, którzy kochają jeździć. Uwielbiają podróże i poczucie wolności. Pozycja jest głęboka i wprost idealna na długie trasy. Pomruk wolnossącej V szóstki pozwala się odprężyć i zrelaksować, a odpowiednia pojemność sprawia, że nigdy nie brakuje Wam momentu pod prawą stopą. Kiedyś już o tym pisałem, ale powtórzę raz jeszcze. Ja również zakochany jestem po uszy w ośmiocylindrowych potworach pokroju Shelby’iego czy Hellcat’a. Osobiście uwielbiam dźwięk V8, więc wyszedłbym na ignoranta i oszusta gdybym powiedział, że nie doceniam ich wrzasku.

Ford Badge sunset

Jednak niesamowicie frustruje mnie opinia ludzi, którzy uparcie twierdzą, że Mustang bez V-ósemki nie jest prawdziwym Mustangiem. Wbrew pozorom to właśnie V6 z automatem ma najwięcej sensu. I najwięcej charakteru pierwszej generacji Mustanga.


Ford Mustang Mk5 Mk6

Życie jest ulotne. Ucieka nam przez palce i tylko od nas zależy, czy będziemy potrafili się z niego cieszyć. Drogi publiczne to nie tor wyścigowy. A dopiero po dłuższej chwili, gdy opadną nam pierwsze emocje, rozłożymy się wygodnie w skórzanym fotelu i przestawimy w tryb cruisingu, docenimy prawdziwy charakter Mustanga. To nigdy nie miała być wyścigówka. Pomijając hardcore’owe wersje specjalne, nigdy nie miało być to auto torowe. Prawdziwym sensem istnienia Mustanga jest długa, spokojna podróż. Przy akompaniamencie lekkiej muzyki country, z drugą połówką u boku i cichym pomrukiem silnika. Silnika, który w swojej podstawowej wersji ma ponad 300koni i jest mocniejszy od większości aut, które w Europie uchodzą za „sportowe”. Mustang z V6 to idealne Gran Tourismo, w którym nigdy nie zabraknie wam mocy pod prawą stopą, a jednocześnie świadczące o waszej miłości do motoryzacji. Bo Forda nie kupuje się dla znaczka i prestiżu. Nie kupuje się go po to, żeby się nim popisywać, czy dowartościować się obitym skórą daszkiem przeciwsłonecznym.

American Flag

Mustangi kupują w Europie ludzie, którzy chcą mieć coś wyjątkowego. Kierowca Mustanga pokazuje swoisty środkowy palec wszystkim drogim i ekskluzywnym Mercedesom, Audi czy Lexusom. Bowiem właśnie siedzi w jeżdżącym dowodzie na to, że najpiękniejsze rzeczy w życiu wcale nie muszą być najdroższe. Przerost formy nad treścią to zwykłe popisywanie się, a płacenie za zbędne rzeczy to właśnie przejaw największego konsumpcjonizmu, o który z resztą to przecież społeczeństwo Amerykanów jest najbardziej oskarżane. A czym, jak nie niepotrzebnym marnowaniem materiału jest kupowanie wielkiego, dwu i półtonowego SUV’a do miasta, jak nie kompleksem Napoleona na kółkach? Mustang, jako sportowe coupe, jest wyrazem pogardy dla bezpłciowych i nudnych jak księgowy w gipsie crossover’ów, z klimatyzacją, elektrycznymi szybami, wspomaganiem, bagażnikiem i napędem na tył. Jednocześnie bez względu na to, czy zdecydujecie się na spokojniejszą, przesuniętą bardziej w stronę komfortu V-szóstkę, czy może ostrzejszą, głośniejszą i sportową odmianę V8, żaden kierowca BMW nie wmówi Wam, że jeździcie autem bez charakteru.

Mustang plakietka

Na koniec pragnę serdecznie podziękować Mateuszowi oraz Krystianowi za udostępnienie swoich wozów do jazd testowych.

Ford Mustang Mk5 Mk6

Jeśli Wy również chcecie dosiąść jednego z tych białych rumaków, to mam dla Was świetną wiadomość. Chłopaki udostępniają swoje Musiaki do ślubu, na imprezy okolicznościowe, a nawet wynajmują na prywatne przejażdżki. Poniżej wrzucam Wam linki do ich FB i WWW:

americanhorses.pl
perlowymustang – FB Mustang Mk5
LegendHorseWedding – FB Mustang Mk6

Dajcie im znać, że jesteście od nas! Na hasło #motoZinnej zostaniecie przyjęci z otwartymi strzemionami i dostaniecie porządną zniżkę na siano… 😉

Tymczasem zapraszamy do galerii zdjęć poniżej, no i pamiętajcie!

Życie jest zbyt krótkie, żeby jeździć autem bez charakteru…


Źródła
Amerykańskie Muscle Cars
Wheelsage

5 2 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments