Halucynacje z niedożywienia.

Ludzki zmysł oceny drugiego człowieka po mimice jego twarzy jest niesamowity. Pozwala on na ciągłą i podświadomą ocenę innych osób. Ten proces zachodzi nieustannie w naszych głowach za każdym razem, gdy z kimś rozmawiamy, witamy się czy nawet mijamy na ulicy. Rzecz jasna nie jest on nieomylny i potrafi wprowadzić w błąd. Niemniej jednak, nasze procesy myślowe i zmysł wzroku sprawiają, że w każdym obcym obrazie staramy się dostrzec znane nam obiekty. Jest to paradoks dobrze znany naukowcom i objawia się na przykład w postaci nazw konstelacji gwiazd. Pomimo pozornego, losowego ułożenia białych punkcików na niebie, nasz umysł stara się je połączyć w jeden, znajomy kształt. Następnie do całego procesu dochodzi wyobraźnia, która sprawia, że z kilkunastu kulek wodoru i helu wielkości naszego Słońca, tworzymy konstelacje Strzelca czy Wielkie i Małe Wozy.

konstelacje gwiazd

Taki sam schemat działania ma miejsce w przypadku chmur. Nie raz zdarza mi się patrzeć w niebo i przyglądać się obłokom pary wodnej przybierającym kształt dinozaurów, słoni czy fok. To niebywałe, jak bardzo zakorzeniona jest w nas potrzeba nadawania wszystkim obiektom otaczającej nas rzeczywistości, ludzkie lub zwierzęce cechy. Dzieje się tak w głównej mierze dlatego, że nasze pierwotne instynkty opierają się na ocenie innych osobników żyjących gatunków. I tak powszechnie wiadomo, że widząc „coś” co przypomina groźnego drapieżnika pokroju wilka lepiej brać nogi za pas. Z drugiej strony widząc „coś” co zbliżone jest do zająca bądź mamuta warto się tym zainteresować, bowiem może to dla nas oznaczać okazję na uzupełnienie deficytu glukozy i białka. Wniosek płynący z powyższej wiedzy bezużytecznej jest taki, że w środowisku naturalnym cecha uosabiania lub uzwierzęcania obiektów materii martwej, zwiększa nasze szanse na przeżycie. Dodatkowo ocena twarzy ludzkich pozwala na odpowiedni dobór wzajemny genów, co zwiększa szanse na stworzenie nowiutkiego, małego człowieka, który będzie zdrowy i silny. A to z kolei zwiększa szanse na jego przetrwanie i tak dalej.

chmura w kształcie smoka
Chmury przybierające kształt smoka ziejącego ogniem.

Oczywiście nasza wrodzona potrzeba dostrzegania ludzkich twarzy tam, gdzie ich nie ma potrafi przynosić także śmieszne skutki. Na przykład pozornie losowa skałka na zdjęciach NASA ukazujących powierzchnię naszego rudawego sąsiada niektórym kojarzyła się z ludzką twarzą. Błyskawicznie połączyliśmy to z twarzami posągów Moai na Wyspach Wielkanocnych, a stąd bardzo krótka droga do zalewu informacji mówiących, iż odkryliśmy ślady bytowania ludzi bądź też innych istot inteligentnych na Marsie.

twarz na marsie

Jednakże podobny schemat próby uosabiania materii nieożywionej ma także miejsce w procesie projektowania samochodów. Nie znam się za bardzo na sztuce design’erskiej nadwozi aut, nie opowiem Wam zatem o złotych podziałach, zasadach tworzenia dynamicznych linii czy sztuce rzeźbienia zgrabnych przetłoczeń. O to musielibyście spytać jakiegoś Włocha. Za to mogę Wam powiedzieć, że w niemal każdym współcześnie produkowanym aucie można doszukiwać się twarzy i emocji, jakie wyrażane są przez front auta. I nawet, jeżeli nie interesujecie się zbytnio motoryzacją, to zapewne zauważyliście, że przód Daewoo Matiz’a tworzą przyjazne, miłe i okrągłe oczka. Delikatny uśmiech dolnego grilla uzupełnia wrażenia, że zapewne będzie on bardzo dobrym kompanem do dalszych podróży. Podświadomie większość ludzi w taki sposób będzie na niego patrzeć i projektanci doskonale sobie z tego zdawali sprawę.

auta wesołe
Czy tylko ja widzę w tym aucie uśmiechniętego urwisa?

Z drugiej strony, przód nowoczesnych Audi przywodzi na myśl groźne spojrzenie dzikiego zwierzęcia. Ogromny grill ma imitować paszczę najeżoną zębami, ostre linie reflektorów przywodzą na myśl złe spojrzenie czegoś, co ma ochotę Was zaatakować. Przekaz jest jasny – zjeżdżaj mi z drogi.

Natychmiast.

auta groźne

Ten cały ambaras z nadawaniem ludzkich cech pojazdom przywodzi mi na myśl pewne pytanie. Czy istnieją auta, w których nie chcemy się pokazywać? Większość sportowych lub luksusowych samochodów ma spojrzenie agresywne. Stara się przekazać światu, że za sterami siedzi samiec lub samica alfa. I lepiej z nią nie zadzierać.

auta zadziorne

Niektóre miewają także wygląd zadziorny. Zawadiacki uśmieszek i ostro narysowane oczka raczej mają zachęcać do figli, zdają się szeptać na uszko „zabawimy się? ]:->”.

auta poważne

Rodzinne kombi czy SUV’y z kolei starają się przekazać potencjalnemu odbiorcy, że są dojrzałe i odpowiedzialne. Ich wydźwięk ma na celu wzbudzić w nas zaufanie. Poczucie bezpieczeństwa i opieki. Mamy czuć się w nich spokojnie, nie bać się im powierzyć swoich ukochanych pociech.

auta uśmiechnięte
Ten szczery uśmiech jest niesamowity. Chapeau bas dla projektantów z Japonii. Przypominają mi się sceny z Anime. Sweeeeet!

Z kolei część małych, zwinnych autek ma usposobienie przyjazne. To auta pokroju Matiza czy Mazdy MX-5, które chcą zostać Twoim kumplem. Najlepszą koleżanką. Masz się z nimi dobrze bawić i spędzać miło czas. Jednak w mojej głowie rodzi się pytanie: Czy istnieją auta, które sprawiają, że wstyd nimi jeździć?


Niekiedy wygląd ma znaczenie.

Subaru, które chciało być… Rollce Royce’m?

Subaru to marka znana ze świetnie jeżdżących, charakterystycznie brzmiących aut z bokserem pod maską. Większość Plejad ma w sobie coś, co przyciąga uwagę. Sam z resztą uwielbiam Świnki. Imprezy raz były ładniejsze (GC, GD blob i hawkeye, WRX STi newage), a raz nieszczególnie seksowne (Impreza Lanos, GD buggeye). Ale jednego im odmówić nie można. Każda Impreza ma w sobie to coś, co tygryski lubią najbardziej.

historia subaru imprezy
Od lewej: 1992 GC (na zdjęciu polift po 1998r.), 2001 GD Bugeye, 2003 GD Blobeye, 2005 GD Hawkeye, 2007 Impreza Lanos Stinkeye, 2014 WRX STi Evoeye.

Jak każdy producent ma swoje lepsze i gorsze pomysły. Japończycy, jak to Azjaci – mają specyficzne podejście do projektowania nadwozi. I tak Legacy to bardzo udane sedany czy kombi. IV generacja, nie tylko moim zdaniem, jest wręcz prześliczna. Kształtna i proporcjonalna bryła, brak zbędnych udziwnień. Kwintesencja sportowej limuzyny. Prosto acz elegancko.

subaru legacy sedan

Za to Tribeca przed liftingiem… już niekoniecznie.

subaru tribeca

Brak jakichkolwiek proporcji, osobliwy przód i jajowate nadwozie nie zdobyły szerokiego uznania. Szczerze mówiąc początkowo miałem w tym miejscu zakończyć i spytać – kto wpadł na pomysł produkcji tego arbuza na kołach? Pininfarina się w grobie przewraca…
Niestety przypomniałem sobie o jeszcze jednym ciekawym pomyśle projektantów Fuji Heavy Industries. Przed Państwem…
Poproszę o fanfary…

Subaru Impreza (GC) w wersji Casablanca.

subaru impreza casablanca

Ja sam do końca nie wiem co sądzić o tym aucie. Nie wiem co projektant miał na myśli. Ale to nie działa! Nie da się zrobić z kompaktowej Imprezy podróbki Rollce’a.

subaru impreza casablanca

Wiem, że Azjatycki rynek jest dosyć osobliwy. Gusta Japończyków również odbiegają od kanonów piękna w Europie. Ale to? Pozostawię to może bez komentarza.


Dziecięce marzenia.

Kolejnym przykładem, w którym projektanci odrobinę odpłynęli jest Tesla. Lecz nie model 3, Roadster, S czy X. W gruncie rzeczy to zgrabne auta, wyglądające jak normalne samochody osobowe. Oczywiście to elektryki, więc sam fakt niszczenia krajów trzeciego świata dla idei czystego transportu w świecie Zachodu jest podły. Lecz design’ersko nie bardzo jest się do czego przyczepić. Ot nowocześnie narysowane auta osobowe. Poronionym projektem za to jest pick-up Elon’a – Cybertruck.

elektryczne auta przyszłości

Ja doskonale rozumiem, że hype na podróże kosmiczne jest wielki. Cybertruck ma nawiązywać do przyszłości, podróży w kosmos i przede wszystkim się wyróżniać. Ma być jeżdżącą reklamą Space X. Jest doskonałym zagraniem marketingowym. Ale proces projektowania Cybertruck’a musiał przebiegać w zabawny sposób:
– Wszystkie pick-up’y wyglądają tak samo! Jak mamy się wyróżnić? Ma ktoś jakiś pomysł?
Pięciolatek podnosi nieśmiało rękę, podaje kartkę z narysowanym przez niego samochodzikiem.
Elon przygląda się uważnie. Dostrzec można chwilowy błysk w jego oku. Na ustach jawić się zdaje uśmieszek satysfakcji. Po dłuższej chwili, Elon odrzeka:

Uwaga, proszę o oklaski. Mamy zwycięzcę konkursu!

elektryczne auta przyszłości
Projektanci Tesli powinni wyjść na forum publiczne i złożyć oficjalne, formalne przeprosiny: Zrobiliśmy co w naszej mocy. Wybaczcie nam. To wszystko na co nas stać.

Wiem wiem, najprostsze często jest najpiękniejsze. Ale to… jaki to ma w ogóle wyraz? Co to ma sobą przedstawiać? Oprócz bycia interpretacją wszystkich pojazdów przyszłości znanych nam z kreskówek, bajek, filmów i ogólnie pojętej popkultury sci-fi? I wciskania nam na siłę technologii przyszłości, która nie działa?


Przerost formy nad treścią.

Wyróżnianie się na siłę, snobizm czy kryzys wieku średniego?

Nie samym wyglądem jednak motoryzacja żyje. Niekiedy projekt nadwozia nie jest tragiczny, lecz pewne cechy wizerunkowe przesądzają o odbiorze danego auta. Mało tego, niekiedy modele z zewnątrz wyglądają bardzo ładnie ale zwyczajnie nie pasują do charakteru marki. Zatrzymajmy się na moment i wyobraźmy sobie pewną sytuację. Jesteśmy obrzydliwie bogatymi ludźmi. Z jakiegoś powodu chcemy podkreślić swój status i dać do zrozumienia wszystkim dookoła jak zasobny posiadamy portfel. Otóż możemy to zrobić na kilka sposobów. Jednym z nich jest kupno pięknego, drogiego samochodu z klasą i stylem. Jest wiele propozycji, od Mercedesa S klasy, przez Bentley’a na Porsche skończywszy. Lecz załóżmy, że nie do końca odpowiada nam sposób, w jaki Niemcy projektują auta, zatem szukamy dalej. W końcu natrafiamy na auta marzeń większości mieszkańców planety Ziemia. Ferrari oraz Lamborghini. Piękne, włoskie linie. Dziesiątki lat tradycji. Cudowne brzmienie silnika. Bez względu na to, czy zdecydujemy się prowadzić czysto włoskie Ferrari, czy odrobinę niemieckie Lambo, przekaz dla wszystkich dookoła jest jednoznaczny. Nasza firma potrzebuje dużych kosztów w tym roku. Jednak co ważne, w przeciwieństwie do kupna jakiejś X7 czy innej S klasy, dajemy świadectwo o naszej wysokiej wrażliwości na sztukę.

super auta

Co jednak najistotniejsze pokazujemy, że wprost kochamy motoryzację. Że istotne są dla nas odczucia z jazdy, że kupujemy sercem, a nie rozumem. No chyba, że księgowa się uparła na generowanie kosztów. W każdym razie sportowe super samochody mają jeden nadrzędny cel – zostały zbudowane, aby za każdym razem generować uśmiech na naszej twarzy. W odpowiednich rękach generują także uśmiech na twarzach Waszych znajomych czy przypadkowych osób na ulicy. Nie muszę chyba mówić o tym, że przy okazji podkreślają status i zasobność portfela nabywcy. Jednak w sprawnych i skromnych rękach, to tylko efekt uboczny. Jedynie kropka na końcu zdania. Niestety granica pomiędzy dobrym smakiem i pozytywnym odbiorem kierowcy w oczach postronnych ludzi, a całkowitą niechęcią do pozera jest bardzo cienka. Umiejętność balansu na tej granicy i nie przekraczanie jej zależy w głównej mierze od właściciela pojazdu, nie od samego modelu auta. Choć istnieją od tej zasady dwa wyjątki. Pierwszym z nich jest Lamborghini Urus.

auta typu suv

Nie można powiedzieć, że to brzydkie auto. Ani, że jest słabo wykonane. Posiada odpowiedni silnik i kosztuje odpowiednio dużo. Jest też odpowiednio szybkie i jak na SUV’a prowadzi się wyśmienicie. A jednak przekaz płynący od posiadacza tego auta jest jeden – nie interesują mnie samochody. Nie znam się na motoryzacji. Wybaczcie mi moi mili, lecz mój gust i poczucie smaku nie idą w parze z moją zamożnością.

Niestety, osoba kupująca auto za półtorej bańki, które jest SUV’em, a więc autem użytkowym raczej nie należy do grona miłośników motoryzacji. Ani nie jest szczególnie roztropna. Otóż roztropność podpowiada trafniejsze rozwiązanie. Mianowicie kupno o wiele lepszego wizerunkowo auta sportowego, typu GT lub luksusowej limuzyny za bańkę. Pozostałe 500tyś. poświęcić wtedy można na Audi Q8. Dlaczego? Otóż Lamborghini Urus to technicznie Audi Q8. Tylko, że dokładamy okrągły milion złotych za inny znaczek na masce. Oraz przyjemność bycia wytykanym palcami na ulicy. Niezły deal.


Upadek obyczajów.

Marka Ferrari ma jedną cudowną cechę. Gdy wchodzimy na spotkanie biznesowe i od niechcenia kładziemy kluczyki na stole, nikt nie zada nam więcej niepotrzebnych pytań. Gdy zaś w rozmowie nawet z kimś, kto kompletnie nie zna się na motoryzacji padnie stwierdzenie „jeżdżę Ferrari”, żadne dalsze tłumaczenia nie będą potrzebne. Słysząc magiczne „Ferrari” każdy mieszkaniec naszej galaktyki oczami wyobraźni widzi samochód, a raczej super samochód, o pięknych, nieskazitelnych liniach. W połączeniu tych linii z krwisto czerwonym lakierem charakterystycznym dla ów marki nie trudno się zakochać. Podróż w akompaniamencie wolnossącej, wysokoobrotowej V12-tki za plecami to niezapomniane przeżycie. Jedyne w swoim rodzaju. W dodatku jest to doświadczenie, którym można dzielić się z jedną, jedyną wybraną osobą. Kimś, kto jest najważniejszy w Twoim życiu. Pozwala to wykreować obraz intymnego doświadczenia, gdyż nie ma możliwości zabrania ze sobą kogoś, kto by Wam przeszkadzał. Ale nie tym razem. Otóż Ferrari FF miażdży całe to wyobrażenie z wdziękiem mastodonta.

ferrari hatchback kombi

Jest czteromiejscowym shooting brake’m (czy może hatchbacko-kombi?) z bagażnikiem mogącym pomieścić dowolną ilość kijów golfowych. W dodatku silnik umiejscowiony jest z przodu, zatem odebrano nam niepowtarzalne doświadczenie wibracji silnika na plecach. Ten kto jechał, ten doskonale wie o czym piszę. Zatem Wasze intymne doświadczenie, strefa, do której nie chcecie wpuszczać nikogo ani niczego zostanie naruszona przez te wszystkie nikomu niepotrzebne metalowe pręty walające się w bagażniku na każdym zakręcie. Lub przez pijane koleżanki na tylnym siedzeniu, które poprosiły o podwózkę. Jeśli ktoś lubi trójkąty, czemu nie.

ferrari ff - wnętrze auta

Z tym, że to nie koniec problemów z FF. Aby stworzyć auto bardziej uniwersalne, zdecydowano się na zastosowanie w nim napędu na cztery koła. I nie byłoby w tym w zasadzie nic złego gdyby nie to, że po włączeniu piątego biegu Ferrari zmienia zdanie i decyduje się stać z powrotem autem tylno napędowym. Zostało to dobitnie pokazane przez pewien mało znany, brytyjski program motoryzacyjny za czasów starej, dobrej ekipy z BBC na zimowej replice toru Silverstone.

ferrari zakopane w śniegu

Niestety model FF poprzez usilną próbę przypodobania się wszystkim, kompletnie nie odpowiada założeniom i wyobrażeniom Enzo Ferrari. Nie rozpala od środka gorącą namiętnością ani nie świadczy o dobrym guście nabywcy. Jest jedynie jeżdżącym dowodem na nadmiar gotówki kierowcy. Świadczy o jego całkowitym braku wrażliwości na piękno prawdziwej motoryzacji. W dodatku możecie zostać posądzeni o niechęć do monogamii i preferencje seksualne uznawane głównie w krajach Arabskich. Samochód na czasie, dla nowoczesnego Europejczyka.


Plama na honorze.

W powyższych rozdziałach opisaliśmy auta, w których wolelibyśmy się nikomu nie pokazywać. Jednakże jasnym jest fakt, że niektórzy z Was mogą być pozytywnie zajarani oryginalnym podejściem do design’u bądź też nowoczesną interpretacją prestiżu i sportowych doznań w praktycznym wydaniu. Rozumiemy doskonale, że części z Was mogą się one podobać lub odpowiadać Waszym potrzebom, preferencjom czy upodobaniom. Zatem na sam koniec przedstawiliśmy po jednym aucie, które bodzie w dobre imię swojej marki. Technicznie rzecz biorąc modele te są dobrymi i dopracowanymi konstrukcjami. Odpowiadają na dzisiejsze potrzeby rynku i konsumentów, a przecież motoryzacja to biznes, który musi się opłacać. Jednakże ich nazewnictwo sugeruje jasno nawiązanie nowego modelu do dziedzictwa i legendy jego przodków. Przodków, których honor został podeptany, splamiony i znieważony. A takie zachowanie jest niedopuszczalne.

A gdyby tak… kupić Bear’owi Grylls’owi karnet do spa.

Są w świecie motoryzacji tak zwane ikony. Konstrukcje, które stały się krokiem milowym w danej klasie wprowadzając rozwiązanie deklasujące konkurencję. Modele, które zapoczątkowały nowy nurt w motoryzacji. Są też takie, które zaistniały w popkulturze lub zwyczajnie były jednymi z najlepszych w swojej klasie i w swoim czasie. Jednym z takich aut jest Land Rover Defender.

defender - terenowe auta

Pierwsze Defendery wyjechały z fabryk w 1983r. i miały być odpowiedzią na amerykańskiego Willys’a. Konstrukcja nie pozostawiała złudzeń. Siermiężna terenówka z włosami na klacie (i nie tylko), odciskami na dłoniach i butami taktycznymi na nogach. Nie bała się żadnych warunków drogowych i służyła dzielnie jako auta farmerów, podróżników po Safari czy przyrodników zapuszczających się w dzikie ostępy puszczy. Rzecz jasna miała swoje problemy i niedociągnięcia, w końcu nosiła metkę „manufactured in the United Kingdom”. A to z pewnością nie jest gwarancja niezawodności i dopracowania.

land rover defender - auta w błocie

Początkowo jednak nie nazywał się on Defender tylko Ninety i OneTen. Nazwa Defender na dobre zadomowiła się dopiero w 1990 roku, a produkcja trwała aż do 2016 roku. Nie był to najbardziej bezawaryjny samochód. Nie był też najlepiej wykonany, przyznaję. Lecz prostota konstrukcji, segmentowa budowa nadwozia i łatwość napraw sprawiły, że klasyczny Defender stał się ikoną bezkompromisowej terenówki. Auta dostawczego ze znaczkiem heavy&duty. W zasadzie jest to maszyna do przewozu osób i mienia w trudnym terenie. Ciągnik rolniczy i pojazd użytkowy w jednym. Zebrał w okół siebie szerokie grono oddanych fanów i miłośników, a obecne ceny egzemplarzy szybują w chmury śladem cen kryptowalut sprzed kilku lat. Przyszedł jednak rok 2016, czasy się zmieniły, a stara, wysłużona konstrukcja musiała odejść na emeryturę. Lecz legenda nie umiera. Historie o nim opowiadane będą przy ogniskach jeszcze przez wiele lat.

land rover defender - auta przy ognisku

Niespodziewanie jednak nastał rok 2019, a wraz z nim zaprezentowany został Nowy Land Rover Defender. A w zasadzie żywy przykład na to, jak Homo erectus ewoluował w Homo sapiens. (Już nie) Brytyjska marka zakrzewiła w nas głęboko obraz żywej legendy, auta przeprawowego z krwi i kości. Pojazdu kutego w kuźni przez kowala, hartowanego w bagnie i obijanego z prostych i brudnych kawałków blachy. Auta, w którym decydującym czynnikiem o powodzeniu misji był worek mięśni za kierownicą. Co prawda nie jest to Viper, który odróżnia prawdziwych kierowców od innych zjadaczy chleba. Lecz jeśli byłeś delikatny to lepiej było dla Ciebie iść zrobić manikir, a Defendera zostawić prawdziwym mężczyznom.

miejskie auta

Dawniej należał do elitarnej grupy, wraz z Jeepem Wranglerem oraz Mercedesem Gelendą wyznaczał standardy w swojej klasie. Lecz jak to mówią czasy się zmieniają. Zatem nie dostaniemy już auta na ramie, charakterystycznych mostów z ręcznymi blokadami ani prostej konstrukcji rodem z ciągnika rolniczego, którą możemy naprawić w środku niczego młotkiem i płaską dwunastką. Za to otrzymujemy modny, komfortowy pojazd z dużym wachlarzem trybów jazdy do poruszania się po różnych rodzajach nawierzchni. Do tego dostajemy pneumatyczne zawieszenie i piękne dotykowe ekrany. Skok technologii jest niebywały to fakt. Wrażenie jest takie, jakby człowiek przesiadł się z ciągnika rolniczego do statku kosmicznego.

Oczywiście ma to wiele zalet, ale czy my naprawdę tego chcieliśmy? Akurat tego potrzebowaliśmy? Kolejnego miejskiego crossover’a? Ze spartańskiego, bezkompromisowego auta ciężarowo terenowego otrzymujemy trochę plastikowy samochód, w którym uszkodzenie zderzaka czy pierwszej lepszej osłony nastąpi na byle dróżce szutrowej. Nic więc dziwnego, że przez niektórych uważany jest raczej za kontynuację Discovery 4 niż Defendera. Na koniec jako ciekawostkę pragnę podzielić się z Wami informacją jakoby to salony dealerskie Land Rovera miały zakaz użyczenia pojazdu pewnemu rozpoznawalnemu kanałowi zajmującemu się relacjami z rajdów jak i testowaniem pojazdów typu off road. Przedstawiciel UAZa na Polskę gra w zupełnie innej lidze. On wręcz zachęca do ukazania granic możliwości terenówki. Zatem po co kolejnego nudnego crossover’a nazywać imieniem legendy? Czy na tym świecie liczy się już tylko pieniądz?


Kryzys wizerunkowy.

Przykład Defendera dobitnie pokazuje, że w dzisiejszym świecie liczy się tylko i wyłącznie zysk za wszelką cenę. Jednakże Land Rover przynajmniej próbuje „podtrzymać” legendę Defendera, reklamując go jako prawdziwą terenówkę. Mitsubishi za to poszło całkowicie po bandzie i w zasadzie nie ma sensu się tutaj rozpisywać, bo historię zapewne doskonale znacie. W 1989r. Japończycy zaprezentowali pierwszą generację sportowego coupe pod nazwą Eclipse.

Kontynuowali jego produkcję aż do czwartej generacji w zasadzie w niezmienionej formie. W umysłach miłośników i fanów wykreował swój obraz usportowionego coupe typu GT. Co prawda istnieją różne opinie co do poszczególnych generacji, lecz Eclipse zapisał się na kartach historii m.in. występem w kultowym już F&F. Owszem, dziś wiele osób kojarzy go z serią NFS, wielkimi spoilerami i neonami. Lecz nawet odrzucając ten stereotyp, Mitsubishi produkowało świetne, tanie auto typu GT. Rzecz jasna czasy się zmieniały, popyt na tego typu pojazdy zaczął spadać, a co za tym idzie w 2011r. z linii produkcyjnych zjechał ostatni egzemplarz kultowego Miśka.

Podczas gdy wszyscy gorąco oczekiwali powrotu Eclipse’a, Lancera Evo i innych kultowych modeli Mitsubishi, w 2017 roku Japończycy zaprezentowali nowe wcielenie Eclipse’a. Obraz jest wart więcej, niż tysiąc słów.

miejski crossover

I ja naprawdę rozumiem, że motoryzacja jest biznesem, który musi się opłacać. Że żyjemy w czasach, w których najwięcej pieniędzy zarobić można na SUV’ach i Crossover’ach. W zasadzie muszę przyznać, że Eclipse Cross jest ciekawie narysowanym, oryginalnym autem. Pomimo wielu kontrowersji dotyczących tylnej blendy nadwozia, osobiście podoba mi się o wiele bardziej, niż konkurencja z Niemiec czy Francji. Czy nawet propozycje od Nissana i Toyoty.

miejski crossover

Technicznie rzecz biorąc, również nie można mu zbyt wiele zarzucić. Pod maską zamontowany jest żwawy silnik spięty z zaawansowanym napędem na cztery koła, który korzysta z technologii Lancera Evo. Ale na miłość boską, czemu Japończycy stwierdzili, że idealnym pomysłem będzie nazywanie go Eclipse? W przeciwieństwie do nowego Defendera, który przynajmniej próbuje nawiązywać do swojego legendarnego przodka, Eclipse Cross nawet nie stara się w jakikolwiek sposób korespondować z legendą sportowego coupe. Jest raczej ASX’em z odrobinę bardziej dynamiczną stylistyką. Autem dla opiekunki do dziecka, która jest młoda i wiecznie spóźniona. Jeśli ktokolwiek z Was jeździ Eclipse Cross’em mam dla Was tylko jedną informację – to naprawdę niezły wóz do kręcenia się po podmiejskich drogach. Tylko, parafrazując chłopaków z BBC – you bought a wrong Eclipse!


W imię pieniędzy, jesteśmy gotowi na każdą ofiarę.

Ostatnia historia jest chyba najsmutniejsza ze wszystkich. Nasz świat zmienia się nieustannie. W zasadzie nie istnieją rzeczy niezmienne, choć niejednokrotnie chcielibyśmy, żeby cudowne chwile trwały wiecznie. Jednakże istnieje jedno zjawisko, które towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Jest nim czysta, niczym nie skażona i bezkresna… ludzka chciwość. I przepraszam za tak dobitne określenie, ale jak inaczej mogę nazwać ślepą pogoń za ekologią, która nie działa? Nikt nie robi nic w kierunku rzeczywistej ochrony środowiska. Mam tą przyjemność, że codziennie mogę iść po pracy na spacer do lasu. Kocham naturę, zwierzęta i drzewa. I szlag mnie trafia, gdy codziennie widzę kolejne śmieci, puszki i telewizory wyrzucane przez ludzi bez choćby odrobiny refleksji z ich strony. Co zrobiono aby temu zapobiec? Wprowadzono w McDonald’zie papierowe słomki zamiast plastikowych. Brawo. Tak walczymy z plastikowym zanieczyszczeniem środowiska.

papierowe słomki

Zapewne wielu mieszkańców Ziemi ma przyjemność pracować lub żyć w pobliżu wielkich fabryk, korporacji i firm, zużywających masę paliw kopalnych zatruwających nasze powietrze. Szczególnie mieszkańcy Chin. Wiele mówi się o ochronie powietrza. Wiele się też w tym kierunku robi… wprowadzając normy emisji spalin. Normy, które powodują, że nieopłacalne dla producentów staje się sprzedawanie samochodów spalinowych. Samochodów, które stanowią mikroskopijny udział w emisji szkodliwych siarkowodorów, tlenków azotu i reszty badziewia do naszej atmosfery. Są niczym kropla w morzu przy tankowcach, samolotach, przemyśle i infrastrukturze ciężkiej. A jednak to na nich skupiamy nasze działania w kierunku dążenia do uzyskania czystego powietrza w naszych miastach. A w zasadzie w metropoliach, które zwyczajnie są przeludnione. Jakże dobitnie pokazały ostatnie miesiące, jak bardzo unijni złodzie… przepraszam, urzędnicy chciałem oczywiście powiedzieć, się mylili. Podczas koronkowej propagandy transport w miastach spadł o dziesiątki procent, w niektórych nawet o 60-70%. I co się stało? Ano nic się nie stało. Smog jak był, tak dalej wesoło wisi nad miastami i nic sobie nie robi z braku spalinówek na ulicach.

smog koronawirus covid 19

Wniosek? Zamiast dokręcać śrubę Bogu ducha winnym samochodom, skorumpowani urzędnicy winni skupić się na kotłach opalanych oponami i butelkami. Jednakże to się nie opłaca, bo motoryzacja jest żyłką złota. Kawałkiem tortu, z którego każdy chce mieć coś dla siebie. To dlatego w imię ekologii i podniosłych idei, które w założeniach są słuszne, forsowane jest przejście na samochody elektryczne. Zamiana taniej i niezawodnej technologii na drogą i niedziałającą. Krok wstecz, który jednak pozwala zarobić ogromnym korporacjom. Tym samym, które mają w małym paluszku opanowaną technologię produkcji baterii, silników elektrycznych i ogólnie pojętej elektroniki. A że zużyte baterie zaśmiecają kraje trzeciego świata. Że źródła surowców ziem rzadkich takich jak nikiel czy lit, niezbędnych do budowy tychże podzespołów (głównie baterii) są bardzo ograniczone i w zasadzie leżą głównie w rękach Azjatów. Że 90% produkcji podzespołów do aut elektrycznych produkowana jest w Chinach, przez chińskie firmy… mój Boże. Mówi się trudno. Europa jest gotowa na to poświęcenie… Wszystko w imię ekologii.


W obrazie całej tej eko-paranoi najsmutniejszy jest fakt, że Ford zdecydował się popłynąć na tratwie zbudowanej z legendy Mustanga. Auta, które jest ikoną światowej motoryzacji. Producent zmuszony do przejścia na technologię elektryczną wprowadza nowy model w swojej gamie – Mustang Mach E.

elektryczne auta - mustang

I ja naprawdę nie twierdzę, że to złe auto. Elektryk jak każdy inny. Przyspiesza, hamuje, skręca. Jest cichy, więc zabija dzieci. Trzeba ładować 8 razy podczas wycieczki nad morze. Tesla z innym znaczkiem, nic nowego. I w zasadzie niech sobie będzie, w końcu mamy wolny świat. Przynajmniej pozornie. Boli mnie jedynie bezczelność marketingowców z Forda, którzy wykorzystują tak piękną i cudowną legendę motoryzacji do sprzedania chorego pomysłu jakim jest elektromobilność. Pomysłu, który, wkrótce wspomnicie nasze słowa, sprawi, że cofniemy się o kilka kroków wstecz w rozwoju.

Z resztą Grzegorz mówił już coś na ten temat, link załączam poniżej. Nie widzę sensu się powtarzać, tym bardziej tracić nerw na cały ten bordel, parafrazując słowa pewnego barda.

Powinienem rozwinąć temat elektrycznego Mustanga, dodać jakąś puentę. Ale ręce opadają. Czas kończyć, bo szkoda nerw na to wszystko.


Powyżej przedstawiliśmy Wam kilka pozycji aut, które przyniosą Wam najwięcej obciachu. Chcieliśmy przez to pokzać, że to wcale nie brzydkie lub głupie auta są najgorsze. Najgorsze są te, które oszukują. Mamią nasze zmysły i sprawiają, że wpadamy w pułapkę doszukiwania się ludzkiej twarzy tam, gdzie jej nie ma. Wykorzystują coś pięknego, pobudzającego emocje i poruszającego serce w celu czystego zarobku. I pomimo, że motoryzacja zawsze była, jest i będzie biznesem, który musi się opłacać to istnieją pewne granice dobrego smaku, które co raz częściej są przekraczane. Zatem to nie kierowcy dziwnych czy starych aut powinni się wstydzić. Spalić buraka powinni ci, którzy nie rozumieją prawdziwego ducha motoryzacji. I depczą dobre imię legend, które zapisały się na kartach historii.

Ford mustang

Na koniec chciałbym złożyć serdeczne podziękowania Joannie Pankiewicz oraz Bartkowi Pełnikowskiemu. Bez Waszej pomocy, rady i spojrzenia na świat, ta lista byłaby mocno subiektywna i jednostronna. Ich pomoc w jej tworzeniu była dla mnie nieoceniona i pozwoliła mi dodać kilka pozycji, na które sam nigdy bym nie wpadł. Pomogliście mi spojrzeć na problem z trochę innej perspektywy. Zdaję sobie doskonale sprawę, że jest to trudny i kontrowersyjny temat, lecz nie zmienia to faktu, że czasem nawet o takich rzeczach warto mówić głośno.

Dajcie znać, w jakich autach to Wy nie chcielibyście być przyłapani publicznie i pamiętajcie…
Życie jest zbyt krótkie, żeby jeździć autem bez charakteru 😉


Źródła:
Napęd AWD by Mitsubishi
Siedem-wierzb.pl
wheelsage
pinimg

5 2 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Robert
Robert
28 dni temu

Uwielbiam wasza twórczość i cały czas chce więcej! Lista jak najbardziej trafna i wszystko się zgadza oprócz jednego- w mojej opinii Cybertruck jest świetnie zaprojektowanym autem, oryginalny, wyróżniający się z tłumu, ma w sobie to coś co miały stare modele Volvo wyciosane siekierką z kawałka drewna

Paweł
Paweł
26 dni temu

Zasmuciłes mnie tym subaru, nie da się tego cholera odzobaczyć. Ale chociaż dobrze, że jest tez coś na miśka, hehe.

Paweł
Paweł
26 dni temu
Reply to  Mateusz Kania

No szkoda, chociaz Tojota z nowym GRem dała jakąś małą nadzieję (tutaj wciskam ją jako wlasciciela marki Subaru). Prawda jest taka że marna sprzedaż tradycyjnych modeli i totalne zbzikowanie na punkcie mastodontów oraz ekohisteria i związane z tym normy emisji pozabijały takie fajne auta jak STI. Chociaz to ostatnie i tak dlugo się trzymało, EVO zniknelo juz z rynku dawno temu. Ford próbował RSem podratować ten segment ale tez wiemy ze to już historia (normy emisji). GR to też chyba tylko jako ciekawostka, bardziej przypomina dawne wymogi wyprodukowania paruset sztuk na potrzeby homologacji rajdowki, niż zapotrzebowanie rynku – a wiemy… Czytaj więcej »