Chciałbym zadać Wam i sobie jednocześnie pytanie – czy jesteście w życiu szczęśliwi? Niektórzy odpowiedzą pewnie, że tak. Mają przecież to co kochają – rodzinę, przyjaciół, dom i tak dalej. Część z Was powie, że nie do końca, bo czegoś z „tego co w życiu się liczy” Wam brakuje. Jednak jest pewna grupa ludzi, która jest szczęśliwa bez względu na okoliczności. To Ci z Was, którzy zawsze mają butelkę piwa w połowie pełną. Potraficie cieszyć się każdą chwilą, czerpać z każdego doznania pozytywne emocje. Są rzecz jasna ludzie, którzy cieszą się z nowego koloru ścian w mieszkaniu czy zmiany tapety na telefonie. Ale ja mówię o tej grupie, która przedkłada wieczorne ognisko z przyjaciółmi nad nowy model smartfona. I wstyd się przyznać – czasem łapię się na tym, że Wam zazdroszczę.
Mówi się o Was, że jesteście lekkoduchami, że nie przejmujecie się „jutrem” i nie martwicie, gdy szef Was wyleje z pracy. Nie próbujecie być poważni na każdym kroku i żadne z Was nikomu nic nie stara się udowadniać. Nade wszystko cenicie sobie wolność, dobrą zabawę i wiatr we włosach. To przywodzi mi na myśl pewną grupę samochodów, która w Europie nie przyjęła się za bardzo, chociaż są ludzie, do których te auta pasują idealnie. Mowa oczywiście o przedstawicielach segmentu American Muscle Car.

Mówi się, że to co odróżnia prawdziwie fascynujący samochód od zwykłej taczki to jego charakter. Ja zaryzykuję stwierdzenie, że to co odróżnia jedno auto od drugiego to jego dusza. Są auta piękne, szybkie i świetnie wykonane – lecz duszy nie posiadają. Amerykańskie krążowniki zdecydowanie należą do tej drugiej grupy wozów. Nie chcę wchodzić w dyskusję, gdzie leży granica pomiędzy Pony oraz Muscle Car – wiem, że Pony Car są mniejsze i bardziej kompaktowe, Muscle Car zaś większe i mocniejsze – to musi mi wystarczyć. W latach 60tych i 70tych za wielką wodą trwała era Pony oraz Muscle Car, lecz z naszej perspektywy to klasyki i nie sposób odnosić się do nich w dzisiejszy sposób. Zwyczajnie nie przystoi. Obecnie więc na myśl przychodzą mi w zasadzie jedynie trzy propozycje, które idealnie wpisują się w kanwę czystej radości, wolności i beztroski.

Muscle Car dla dużych chłopców.

Muscle car Bumblee

Pierwszy, dla mnie osobiście najbardziej rozpoznawalny Muscle Car to Camaro. Podejrzewam, że moje zauroczenie do tego auta pochodzi od jego występu pod postacią Bumblee w kinowej odsłonie Transformers. Jak przystoi na małego chłopaka uwielbiałem bajkę o robotach, a gdy dorosłem… w tym miejscu miałem powiedzieć coś o dojrzewaniu, że zaszły jakieś zmiany – ale co ja będę Was oszukiwał? Pomimo, że stary ze mnie koń, chciałbym mieć własnego robota w szopie. Wciąż podobają mi się kultowe „Transformersy” i nie wstydzę się do tego przyznać. Trik marketingowy Chevrolet’a sprawił, że przepadam za nowym Camaro – ma cudowny dźwięk V8, kozacki wygląd i zawsze gdy widzę go na światłach mam wrażenie, że wstanie i zacznie naparzać się z jakimś Decepticonem. To kozacki wóz i daję mu pięć na pięć gwiazdek. No i ten LS pod maską… jak on gada!

Jeszcze Pony, czy może już Muscle?

Pony czy Muscle?

Drugą propozycją jest samochód, który stał się najbardziej rozpoznawalnym amerykańskim autem na świecie. Zbudował go Ford, a wersje sportowe szlifował Carroll Shelby. Jest symbolem Ameryki, symbolem wolności, dziś zaś Muscle Car ’em z krwi i kości. Choć po prawdzie nie zawsze tak było. Początkowo przypisywany był do tej “lżejszej” grupy zawodników. Właściwie mówi się, że to on stworzył termin Pony Car. Ford Mustang przebył bardzo długą drogę i jako jedyny produkowany jest nie przerwanie od pierwszej generacji. Miał swoje gorsze i lepsze dni, to prawda. Dziś wciąż jego legenda jest pielęgnowana przez Forda i pomimo różnych głupich pomysłów w postaci próby przerobienia go na E-Mustanga dalej jest najbardziej rozpoznawalnym Fordem na świecie. Wiem wiem, w Ameryce jeszcze lepiej sprzedaje się pick-up F150, lecz na świecie Mustanga zna chyba każdy.
Część z Was będzie kojarzyło go z filmu Bullit, a część z super sportowych odmian Shelby GT. Jednak dla mnie idealny Musiek ma wolnossącą V-ósemkę, jest kabrioletem i można nim pyrkać maksymalnie 40 mil na godzinę po prostej drodze. Typowy cruiser. Chyba nawet wiem, czemu nikt nie wczuwał się w zamontowanie mocniejszych hamulców czy działającego zawieszenia – niby po co? Całkowicie popsuło by to luzacki charakter tego wozu. Standardowy Musiek mówi jasno: chcesz wyścigówkę? To kup Shelby… a mi daj spokój.

Z piekła rodem.

Hellcat

Za to trzeci kandydat jest chyba najbardziej szaloną, najbardziej rzucającą się w oczy i najgroźniejszą bestią z całej trójki. Dodge Challenger jest zupełnym przeciwieństwem Mustanga czy Camaro. Gdy Camaro krzyczy dookoła „I don’t want to grow up, just want to smoke my tires! Let’s have some fun! ”, zaś Mustang luzacko opuszcza dach i rzuca typowe, amerykańskie „Chill out darling, just have a sit and let’s take a ride! ” , Challenger zdaje się być seryjnym zabójcą. Zawsze gdy widzę to auto mam wrażenie, że za chwile rzuci się na mnie i połknie w całości. Dodge sam z resztą w kreowaniu swojego wizerunku pokazuje wszem i wobec jaki to nie jest groźny, zły i wręcz z piekła rodem… niczym Demon. Albo Hellcat. Bo tak właśnie nazywają się sportowe wersje Challenger’a. Nie jakieś STi czy RS. Nie jakieś nudne RTR Spec 3 czy autobotowe oznaczenia Camaro w stylu „ZL1”. To brzmi jak oznaczenie lodówki Samsunga. Od Dodge’a dostajesz kozackiego Demona albo Jędzę ! Chociaż muszę przyznać, że masę frajdy sprawiła mi informacja, jak Chevrolet postanowił nazwać 1000 konną odmianę Camaro przy której dłubał Hennessey. Miał być odpowiedzią na Demona? No miał. Trzeba było w takim razie jakoś nazwać pogromcę zła. A kto lepiej dokopie demonowi jak nie Keanu Reeves? Poznajcie Camaro Exorcist – nieźle się tam bawią, trzeba przyznać. Jednak miał rację bolec, że naszym chłopakom brakuje luzu…
Wracając do Challenger’a – to jest pie*****ny potwór. Dla mnie Muscle Car pełną gębą. Wielki, ciężki krążownik z potężną, oldschool’ową V-ósemką OHV, do której montowany jest kompresor o pojemności większej od jakiejkolwiek europejsko japońskiej kosiarki (Sam kompresor drodzy Państwo posiada pojemność 2,7 L. Słownie: dwa koma siedem litra. Sam kompresor. Rozumiecie teraz Państwo, mam nadzieję, w którym miejscu na osi X się znajdujemy?). Podczas gdy LS Camaro warczy, a V8 Mustanga mruczy – Dodge’owski HEMI wyje. Nie on nie wyje – on wydaje z siebie dźwięk z piekła rodem… ten dźwięk przyprawia mnie o ciarki na plecach. Dostaję gęsiej skórki, gdy tylko przypomnę sobie ten skowyt… uwielbiam go.

Jak więc widzicie wszystkie trzy propozycje są fascynujące i każda z nich ma swój indywidualny charakter. Camaro jest idealny dla „dużych chłopców”. Tych, których pierwsze czterdzieści lat dzieciństwa jest najtrudniejsze. Challenger to typ bad boya. Napakowany testosteronem i emanujący „złem”… tym seksownym złem, które pociąga tak bardzo. Mustang z kolei, chociaż potrafi cwałować nie gorzej niż dwójka pozostałych, najlepiej wypada w delikatnym kłusie. Z opuszczonym dachem, kawałkiem LeAnn Rimes w głośnikach i zachodem słońca na horyzoncie. Osobiście nie wiem, którego bym wybrał. Szczerze mówiąc najbardziej waham się między Camaro, a Dodg’em. Nie ukrywam, że skowyt piekieł wydobywający się z czeluści Hellcat’a czy Demona nie daje mi spać… i niesamowicie mnie kręci. Nie będę też oszukiwał, że perspektywa jazdy Transformersem rozbudza we mnie wyobraźnię i chłopięce marzenia o posiadaniu własnego Autobota. I to właśnie między tą dwójką, mam nadzieję, kiedyś przyjdzie dokonać mi prywatnego wyboru.
Jednakże mam świadomość, że zawsze z pewną zazdrością będę patrzył na Was – lekkoduchów, marzycieli i luzaków, jeżdżących Mustangiem w kabrio. Bo nie próbujecie nikomu imponować piskiem opon. Bo zdajecie sobie sprawę, że najpiękniejsze rzeczy na świecie są kompletnie za darmo. I ponownie to Wy jesteście wygrani – bo wiecie doskonale, że nic piękniejszego niż widok nocnego nieba z drugą połówką leżącą obok Was na masce Mustanga, nie może Was w życiu spotkać.

Mustang sunset

Czym w takim razie Muscle Car jest dla Grzegorza?

Jeśli chodzi o klasyki to wybaczcie ale odpuszczę sobie wybór. Wstyd się przyznać, ale gdy tylko zrobi się trochę miejsca w garażu pierwszą rzeczą jaką zrobię, to zaraz po wypiciu porannej kawy pobiegnę z okrzykiem na ustach “take my money and gimme this stuff!” i poproszę jakiegokolwiek z nich. Czy to Camaro, Challenger, Charger czy Mustang – one wszystkie zasługują na jednakową ilość szacunku. I bez względu na to, który będzie stał najbliżej wejścia – jednakowo obdarzę każdego takim samym płomiennym i ognistym uczuciem ;)…

Z kolei biorąc pod uwagę współczesne Amerykańskie Muscle Car, to z całą pewnością nie zwrócę się ku Camaro. Nie do końca wiem dlaczego tak jest, lecz ten samochód kompletnie mi nie pasuje. Może to przez moją wrodzoną antypatię do filmu Transformers? A może dlatego, że moje pierwsze spotkanie z współczesnym Camaro zakończyło się hasłem z filmu Sexmisja “ale tandeta!” Chodzi o te… tak zwane plastiki… we wnętrzu. To prawda, dziś odrobinę inaczej patrzę na samochody, więc i te tandetne plastiki w Camaro stały się dla mnie jakby mniej plastikowe. Jednakże wciąż do Camaro nie czuję takiej mięty jak do jego kolegów.

Zatem pozostało wybrać już tylko pomiędzy dwoma mięśniakami: Dodge Challenger oraz Ford Mustang. Pierwszego z nich wręcz uwielbiam za silnik HEMI. Do tego dochodzą kozackie wersje Demon, Redeye czy Hellcat. Wisienką na torcie jest jego historia i sam wygląd, ale… no właśnie. Jest duże ale!
Nie wiem jak mam to wytłumaczyć, więc spróbuję prosto z mostu. Ten samochód jak dla mnie jest zbyt duży, zbyt ciężki… rozmiarami i masą przywodzi mi na myśl średniej wielkości stocznię. A to odrobinę zbyt dużo jak na auto osobowo-sportowe. Osobiście zawsze gdy miałem dokonać jakiegokolwiek wyboru, preferowałem mniejsze i zwinniejsze auta. Suma summarum pozostaje Mustang, ale pojawia się kolejne pytanie. Który?

Muscle Car Mustang Shelby GT350

Oczywiście zmuszony jestem odrzucić wszystkie wersje, które nie zostały wyposażone w V8. Ponadto nie będzie to wersja GT. Nie zdecydowałbym się również na wersję Bullitt. Moje serce zdecydowanie i kategorycznie domaga się wersji Shelby… z małym jedynie zastrzeżeniem. Nie chcę GT500, tylko proszę, nie zrozumcie mnie źle. Nigdy nie przepadałem za sterydami. Jeśli V8, to najlepiej amerykańskie. A jeśli amerykańskie V8, to najlepiej wolnossące. Jest tylko jeden Mustang Shelby, który odpowiada moim kryteriom. Shelby GT350. Które w dodatku kręci się do 8,200 obrotów na minutę. Czy znacie coś lepszego od wysokoobrotowej, amerykańskiej V-ósemki? Bo ja nie…



Teraz Wasza kolej! Dajcie znać, co Wy wybraliście spośród współczesnych retro Muscle Car ‘ów. A może to kompletnie nie Wasza bajka? Dajcie znać w komentarzu!

I pamiętajcie. Życie jest zbyt krótkie, żeby jeździć autem z silnikiem V8…



…poniżej 3000 rpm 😉


P.S. Jeśli chcecie poznać Amerykę od strony Mustanga odrobinę lepiej:

Źródła:
wheelsage
RWD

5 2 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Hugo
Hugo
2 miesięcy temu

Dodge ^_^
Cały czorny jak węgiel

Ada
Ada
2 miesięcy temu

A może jakaś seria o Plymouth’ie? Np. o modelu Barracuda i legendarnym silniku HEMI? 🙂